Moda damska była zawsze najdroższą formą opakowania, czyli historyczne przebłyski stylowe
poniedziałek, 11 sierpnia 2008
Początki tzw. bliźniaka, czyli alternatywna historia sweterków naszych cioć

Bardzo raniące moje uszy w kontekście modowym słowo "bliźniak" oznacza, jak wiedzą wszystkie kobiety i prawie żaden mężczyzna (szczęśliwcy, że rzecz ich nie dotyczy) wyjątkowo moim zdaniem nudny, bo jednokolorowy zestaw lekkiego sweterka bez rękawów lub z krótkimi rękawkami i zapinanego na guziczki kardiganu. Jego powszechnie znana historia kojarzy się z wielkimi początkami w pracowniach Chanel i popularyzacją w latach 50., kiedy opinały ogromne, "pancerne" staniki ówczesnych elegantek w średnim wieku. Ale trafiłam na stadium pośrednie, dalekie od stereotypu.

Otóż pod koniec lat 40. (w okolicach 1947 roku, tak na oko) kobiety przebywające w zaciszu domowych pieleszy zaczęły zastępować "tea gown" i peniuary spodniami i coraz krótszymi wdziankami, które stopniowo zaczęły wypierać szlafroki. Wtedy też powoli, ale coraz bardziej powszechnie młodzież zaczęła nosić ich wygodniejsze odpowiedniki, nie wymagające przebierania się przed wyjściem z domu: komplety złożone ze spodni, coraz cieńszych swetrów i bluzek. Był on początkowo bardziej fantazyjny, hojniej zdobiony i bardziej kolorowy niż te, które noszono na zewnątrz. Z czasem pastelowe kolory wyszły na ulice, a i starsze kobiety - jak to bywa od drugiej wojny światowej - zaczęły naśladować młodych. Stąd już tylko krok do bliźniaczej nudy, nieuchronnie okrzykniętej klasyką damskiego ubioru już w latach 60.

Ja tam noszę kardigany, ale w innym kolorze niż tło. A cioć nie mam za dużo. Takie oto lekkie myśli po urlopie:).