Moda damska była zawsze najdroższą formą opakowania, czyli historyczne przebłyski stylowe
poniedziałek, 14 lipca 2008
Zień w Królikarni

Ostatnia sobota uplynęła pod znakiem prostych przyjemności, wśród których poczesne miejsce miała zająć wycieczka do Królikarni, w kórej gościłam ostatnio (wstyd się przyznać) tylko z okazji służbowych, np. z okazji pokazu paryskiej kolekcji Macieja Zienia. Zienia też obejrzałam tym razem i z prawdziwą przyjemnością, choć na honorowe miejsce wystawa jego prac nie zasłużyła.

Wystawa oczywiście bardzo przyjemna, bo czy może nie być przyjemnym spacer wśród ładnych sukienek? No właśnie - ładnych i niewiele więcej, choć jedna z sal poświęcona została bardzo interesującym kreacjom scenicznym, które to kreacje znacząco podniosły moje nieco podupadłe wrażenia estetyczne.

Ładne sukienki to dla mnie jak na Zienia jednak za mało. Zresztą nie wszystkie ładne. Najstarsze suknie projektanta, mające około 10 lat, wręcz straszą naiwną stylizacją na (ówczesną) nowoczesność i niestety bardzo widać po nich naśladowanie przebrzmiałych już trendów. Jaskrawe kolory i siermiężna, nawet jeśli gatunkowo znakomita koronka, plus zdefasonowane kroje trącą nawet gdzieniegdzie tandetą! Udziwnione piórami, przeszyciami i poszarpanymi tkaninami suknie konkurowały z klasycznymi do bólu, wręcz nudnymi modelami typowo "czerwonodywanowymi", szytymi chyba pod publiczkę i wyłącznie na potrzeby niezbyt światowych festiwali polskiej piosenki. Zdjęcia pozujących w nich gwiazd zamieszczone na tabliczkach obok sukien nieco ratowały sytuację, ale przecież wielka moda powinna bronić się sama. Nie zgadzam się tu z Chanel, która mawiała, że dopero kobieta "robi" sukienkę. Dawne haute couture nawet w szacownych muzeach wygląda zjawiskowo, a dobre pret-a-porter na zwykłym wieszaku ustępuje mu naprawdę niewiele.

Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że wystawa mi się nie podobała. Ciekawa aranżacja, efekty dźwiękowe i świetlne (może poza wydumanym filmem w połowie wystawy) urozmaiciły w dobrym tego słowa znaczeniu krótką niestety trasę zwiedzania. Wystawa nie nosi cech edukacyjnych - nie dowiemy się z niej niczego o warsztacie Zienia, za to sporo o jego znanych klientkach i hojnych sponsorach (dość naciągany pomysł z prezentacją w gablotach... telefonów i kosmetyków popularych marek, sygnowanych inicjałem projektanta). Obejrzymy też, poza ładno-nudnymi sukienkami, kilka projektów zaskakujących prostotą - jak na przykład świetne, odnoszące się do lat 30. i 40. minimalistyczne, ale ultrakobiece modele z jedwabiu i satyny, zdobione jedynie tam, gdzie tłumaczy się to funkcjonalnością. Projekty dla sceny z kolei przyciągają kunsztem: nawiązujące do mody rokokowej, przewrotnie niosą ze sobą mroczną atmosferę teatralnych tragedii (czerń i purpura, tiurniury, woalki zasłaniające jak maski dolną część twarzy, panier).

Nie ma sensu rozpisywać się o sukniach, które odpowiednie są na telwizyjne gale, ale na pewno nie przejdą do polskiej historii mody. Jeśli macie ochotę na urocze pół godziny, warto spędzić je u Zienia w Królikarni. Widać wyraźnie, że wystawa ma stanowić wartość dodaną do horrendalnego na pewno rachunku za wynajem muzeum na "pokaz poparyski"; widać też niestety, że najnowsze inspiracje Zienia zbyt dużo czerpią z ogólnie przyjętych na ten sezon tendecji, a za mało w nich indywidualizmu i świeżości. Jak zawsze spragniona inpiracji płynących z najbardziej szlachetnych momentów modowej historii, wyszłam nieco rozczarowana. Jak bardzo za to podobała mi się wyciszona Królikarna bez blichtru celebrytów i czerwonego dywanu, jaki opanowal muzeum w wieczór pokazu! A w pustym ogrodzie nadal stały niewzruszone, surowe rzeźby Dunikowskiego. Dobrze wpaść i przypomnieć sobie, że to nadal jego muzeum.

niedziela, 11 maja 2008
Warszawski szyk w Wilanowie

Wystawa

Obejrzałam dziś wystawę „Warszawski szyk" , prezentującą ubiory damskie z pierwszej połowy XX wieku, pochodzące ze zbiorów warszawskiego Muzeum Historycznego. Wystawa, zorganizowana w Oranżerii wilanowskiego pałacu, wizytowała już Łódź i tam była chyba bardziej rozreklamowana niż tutaj - bardzo zainteresowana tematem dowiedziałam się o niej przypadkiem.

Przestrzeń Oranżerii nie jest zbyt duża, więc nie mogłam spodziewać się szczegółowego przeglądu strojów na każdą okazję, mimo że okres, jaki obejmowała wystawa, nie jest zbyt rozległy. O ubogiej ilości strojów świadczył też fakt, że pochodzić one miały z kolekcji muzeum, które nie specjalizuje się w modzie i które - przynajmniej gdy chodzi o przedmioty użytku codziennego - z oczywistych względów związanych z naszą historią nie może pochwalić się wieloma dobrze zachowanymi eksponatami. Wiedziałam więc, że wystawa nie będzie dla mnie wydarzeniem szczególnie edukującym, a jej celem jest raczej miły kwadrans przerwy dla turystów w czasie zwiedzania wilanowskiego parku. Niestety, nie pomyliłam się ani trochę, mimo że w niewielkiej Oranżerii spędziłam pół godziny, do kilku sukien wracając kilka razy i wnikliwie studiując mało szczegółowe podpisy pod aranżacjami.

Wystawę zaprojektowano tak, by dla zwiedzających stała się ekspresową podróżą w czasie. Chronologicznie zaprezentowane przedmioty uporządkowano w kilkanaście scenerii warszawskich przybytków kultury i rozrywki, starając się pogrupować suknie, akcesoria i przedmioty codziennego użytku w obszary stylistyczne, pod szyldami których mogły być używane. Były więc suknie dzienne, wizytowe, wieczorowe i balowe wybranych (niestety, w sposób mało reprezentatywny) okresów, gabloty z akcesoriami i biżuterią na różne okazje, kosmetykami, a także osobna spora część bieliźniana. Wszystko razem sprawiało jednak wrażenie przypadkowości i doboru eksponatów podyktowanego nie pięknem, popularnością ani walorami użytkowymi wystawionych strojów, a ich liczbą w muzealnych magazynach.

Najwięcej uwagi poświęcono latom 40. XX wieku, co wydaje się oczywiste ze względu na dostępność pochodzących z tego okresu strojów. Lata 30. zostały niemal zupełnie zignorowane, a ich przedstawicielkami były dwie lub trzy suknie balowe i kilka takich akcesoriów. Moda okresu okupacji, z oczywistych względów nieobecna w większości opracowań wojennych, tu ukazana została za pomocą dwóch sztuk broni, opaski na rękaw z symbolem Polski Walczącej oraz wstrząsającej w swej wymowie jednej pary domowej produkcji parcianych i niezwykle ubogich sandałów. Wymowa tej malutkiej gabloty jest oczywista, wydaje się jednak, że temat wojenny zasługuje na więcej, zwłaszcza że na pewno nie wojenne refleksje miały być głównym wrażeniem zwiedzających.

Lata 20. przestawiono dokładniej, choć i tu mam zastrzeżenia. Kilka sukien wizytowych i balowych, pochodzących jak większość eksponatów z polskich pracowni krawieckich, nie wyczerpuje tematu rewolucyjnego stylu dekady jazzu. Zabrakło krótkich kostiumów dziennych i bogatych w zdobienia strojów wieczorowych. Niewystarczającym zadośćuczynieniem dla zwiedzających wydaje się wielość pięknych akcesoriów z tego okresu: torebek balowych, kapeluszy, biżuterii itd.

Nawet tych zabrakło w przeglądzie warszawskiej mody z pierwszej dekady wieku. Całość ekspozycji stanowiły rzeczywiście piękne bluzki wizytowe, dwie suknie i kilka dodatków, takich jak szpile do kapeluszy, wachlarze, torebki i akcesoria do układania fryzur. Ten początek spaceru po Oranżerii był dla mnie najciekawszy i szkoda, że podpisy pod eksponatami były tam (jak i wszędzie) tak ogólne. Podano najwyżej daty produkcji strojów - częściej tylko (!) dekadę - gdzieniegdzie pracownię ich pochodzenia oraz najbardziej ogólną nazwę. Kuratorom zabrakło konsekwencji: tak szerokie widełki dat produkcji strojów miały zapewne nie nudzić nieobeznanego z historią mody widza, dlaczego więc gdzie indziej podpisywano je nazwami tak szczegółowymi i historycznymi, że aż - jestem pewna - dla niego niezrozmiałymi? Nie było też żadnych szczegółów dotyczących użytych w produkcji tkanin i rodzajów zdobień oraz ani słowa wstępu, których wątpliwych zastępstwem były wiszące na ścianach cytaty z poezji epoki.

Oczywiście najłatwiej jest skrytykować. Pół godziny w Oranżerii było bardzo miłe i wypatrzyłam kilka naprawdę pięknych przedmiotów, zwłaszcza art deco. Zabrakło mi jednak rzetelnej wiedzy, jaką mogłabym wynieść z wystawy. Same uszczegółowione podpisy znacząco poprawiłyby jej odbiór. Bez nich była to tylko urocza, ale niezbyt pouczająca wycieczka w przeszłość. Ot, w sam raz na przerwę między lodami a karmieniem wiewiórek. Z drugiej strony, sądząc po zasłyszanych komentarzach - byłam chyba jedyną niezadowoloną z takiego obrotu sprawy zwiedzającą, czyli wystawa doskonale spełniła swą funkcję. A jeśli zainteresowała dawną modą kogokolwiek, zrobiła to podwójnie.