Moda damska była zawsze najdroższą formą opakowania, czyli historyczne przebłyski stylowe
niedziela, 31 maja 2009
Mój ostatni dzień polskiego FW

...był krótki, ale intensywny. Po długiej wycieczce na dworzec Łódź Kaliska (nie polecam) i nieco krótszej, ale dużo milszej w MS2 (bardzo polecam i przy okazji przekonałam się, że moje studiowanie nie idzie na marne, rozpozaję autorów dzieł jak K. projektantów sukienek:)!), obiedzie na smętnej, pustej i spływającej deszczem Piotrkowskiej dojechałam na ostatnich już nogadch - spanie po 4 godziny na dobę zaczęło dawać się we znaki - do Hali Expo, obejrzeć ostatnie dla mnie na tegorocznym FW kolekcje. W programie miałam Violę Śpiechowicz i Natalię Jaroszewską, w międzyczasie, jeszcze w showroomie, MMC. Dobrze, że widziałam więcej.

Śpiechowicz jak zawsze zaprezentowała spójną, przemyślaną kolekcję, frapującą od razu, a zachwycającą w ruchu. Inspiracją dla brudno-beżowych, kawowych i brunatnych ubrań były atmosfera i stroje kojarzące się z beduińską wioską. Modelki nosiły na głowach turbany, a sukienki, powłóczyste i zwiewne, wdzięcznie falowały z każdym ich krokiem. Dominowały długości prawie do kostek i lekko rozkloszowane od nagich ramion fasony. Spodobały mi się płaszcze, przypominające swoją miękkością szlafroki, a także kilka sukienek podkreślających talię - np. kolorze czystej bieli.

Kolekcję Natalii Jaroszewskiej obejrzałam jeszcze przed pokazem na backstage'u. Znowu zachwyt i znowu pomysły charakterystyczne dla projektantki, a chwytające za moje rozmiłowane w retro serce. Dużo było bardziej i mniej gęstych koronek, empirowych fasonów, bieli, kremów i romantyzmu. Z dwa razy pomyślałam: tak mogłaby wyglądać moja suknia ślubna - trudno o lepszą rekomendację, prawda?:)

Po trwających wieki przerwach widziałam jeszcze pokaz Two Gun Towers - duetu rosyjskich projektantów znanych z odważnych aplikacji, ornamentów i radykalnych krojów. Ogromna kolekcja była bardzo nierówna i różnorodna i raczej mi się nie podobała - nie lubię ostrych czerwieni, zbyt dużego nagromadzenia wzorów i barw. Mimo to brawa dla elegankich, awangardowych płaszczy i wyraźnych odwołań do rosyjskiego folkloru. Dałabym się pokroić za ich ludowe mufki i okrycia z folkowymi haftami. Sam pokaz także robił wrażenie - Andriej Mielnikow, męska "połowa" duetu, zagrał osobiście na pianinie, a modelki, ufryzowane w niesamowite irokezy, odegrały na wybiegu prawdziwy show.

Drugą kolekcją, widzianą (na szczęście!) przypadkiem, była kolekcja znanej z zamiłowania do gotyckiej odmiany glamour i zaskakujących pomysłów na konstrukcję strojów Eriki Zaionts. To była uczta! Bardzo duża, złożona kolekcja miała w sobie więcej szyku niż gotyku, ale nadal wyraźne były w niej mroczne inspiracje, romantyczne idee projektantki i dokładna wizja kobiecego ciała. Blisko, przy ciele, harmonijnie w proporcjach i kontrastowo w kolorach. Kobieta ubrana w stroje Zaionts jest elegancka i kropka.

MMC Studio w showroomie było czymś bardziej na co dzień. Jesienna kolekcja trójki projektantów, z którymi udało mi się przeprowadzić wywiad, to wygodne propozycje na zabieganej kobiety, która nie lubi przepychu, za to ceni sobie wygodę i miejski luz w wydaniu glamour. Koktajowe sukienki z odcieniach szmaragdowej zieleni nawiązują do lat 80., a oversizowe żakiety i kurtki zmieszczą pod sobą ciepły sweter. Tak mogłabym wyglądać jesienią, czemu nie.

Perełką wieczoru był wywyad, jaki udało mi się przeprowadzić z otwierającą wczorajszą galę Natashą Pavluchenko. Jej kolekcja FOLK-LORE zainspirowana jest kulturą oraz strojem ludowym Podhala i Podbeskidzia - ze wszystkimi jego ozdobnikami, potraktowanymi nowoczesnym liftingiem i przefiltrowanymi wizerunkiem zmysłowej kobiety. Zakochanej w zakopiańszczyźnie Szmizetce nie mogła trafić się większa gratka. Osobisty bonus - zostałam pochwalona za urodę, co niniejszym ogłaszam, bo kto wie, jak wygląda Pavlutchenko, zrozumie, jakie to miłe usłyszeć takie słowa od tak pięknej kobiety. Doskonały akord końcowy, naprawdę.

sobota, 30 maja 2009
Drugi dzień FashionPhilosophy

Najważniejszym wydarzeniem drugiego dnia FashionPhilosophy był z pewnością finał konkursu dla młodych projektantów Złota Nitka. Trwająca około czterech godzin gala była także przeglądem tendencji dominujących w młodej polskiej modzie. Uczestnicy konkursu pokazali 28 kolekcji startujących w dwóch konkurencjach - Pret a Porter, grupującej projekty zgodne z najnowszymi trendami i charakteryzujące się perfekcją wykonania, oraz Premiere Vision, w której liczyło się nowatorstwo wizji i kreatywność w konstrukcji strojów.

Jak co roku, Złota Nitka obsypała swoich laureatów nagrodami. Najważniejsze z nich, przyznawane przez Jury Kreatorów i Jury Medialne, trafiły do duetu projektantek Małgorzaty Grzywnowicz i Małgorzaty Węgiel za kolekcję Phantas Magoria w kategorii Pret a Porter oraz do Magdaleny Śmielak za kolekcję Destrukcja w kategorii Premiere Vision. O ile pierwsza z nagrodzonych kolekcji stanowi odważną, awangardową propozycją tego, jak można ubrać się na co dzień, to druga jest emanacją osadzonych w słowiańskiej estetyce kostiumów teatralnych lub operowych, pełną spektakularnych, zaskakujących rozwiązań konstrukcyjnych i kolorystycznych. Pozszywane z różnych gatunków płótna i wełny, różnobarwne, ale oscylujące wokół beżów i brązów obszerne spódnice, spodnie i marynarki sąsiadowały ze swojego rodzaju kokonami, które opatulały modelki od stóp do głów.

Cieszę się, że aż trzy nagrody i wyróżnienia trafiły do mojej faworytki, Kamili Zielińskiej (kolekcja Stalowa Subtelność), która w kategorii Pret a Porter zaproponowała bardzo kobiece, nawiązujące do antyku i empiru suknie koktajlowe i wieczorowe, mieniące się złotem i beżem, ozdobione konsekwentnie... marynarskimi sznurami i draperiami. Proszę o więcej takich kolekcji dla kobiet o każdej figurze, na każdą okazję, niezmiennie eleganckich i wyrafinowanych!

Agatha Ruiz de la Prada

Po Złotej Nitce przyszła kolej na pokaz kolekcji honorowego gościa FW, Agathy Ruiz de la Prady. Mistrzyni koloru i zabawy konwencją zaprezentowała nawiązującą nieco do lat 60. i pop artu linię ubrań utrzymanych w nasyconych, sorbetowych kolorach i zdobionych naiwnymi, dosłownymi kreskówkowymi nadrukami i aplikacjami.

Zanim nadszedł wielki wieczór, dokładnie zwiedziłam Showroom, czyli wielkie targowisko mody, zorganizowane w jednym z pawilonów wspaniałej, fabrykanckiej Manufaktury. Wystawiane przez polskich projektantów ubrania można było oglądać, kupować, a także... wypożyczać na sesje. Wzbogacona o kilka nowych kontaktów obiecuję ciekawe materiały o dodatkach, biżuterii i najciekawszych kolekcjach ready to wear. Nie było jednak zaskoczenia - najbardziej spodobały mi się eleganckie kolekcje Agnieszki Światły i duetu Zemełka&Pirowska, a także wygodne i bardzo miejskie w charakterze, ale nadal eleganckie propozycje Green Establishment.

A dzisiaj wieczorem m.in. Śpiechowicz, Jaroszewska i MMC Studio. Liczę na mocne wrażenia.

piątek, 29 maja 2009
FashionPhilosophy wystartował!

A ja mam przyjemność obserwować go z bardzo bliska. Razem z Ktimene od wczoraj jesteśmy w Łodzi i mimo deszczu i przejmującego chłodu biegamy w ulewie z pokazu na pokaz, z imprezy na imprezę, nawet nie przejmując się za bardzo opłakanym stanem naszych szpilek, który przyjdzie nam z pewnością cierpieć po kilku dniach takiej obuwniczej kąpieli w kałużach.

A teraz w telegraficznym skrócie o tym, co działo się wczoraj, czyli Fashion Weeka w Polsce Dzień Pierwszy. Czas goni, kolejna impreza za chwilę, więc szybciutko.

Tydzień otworzyła wieczorna uroczysta gala Designer Fashion Awards, podczas której wyłoniono zwycięzcę wielotygodniowego konkursu na najzdolniejszego początkującego projektanta. Nagrodzona zdolna szczęściara, Sabrina Pilewicz, odbędzie staż w atelier Georgesa Chakry, libańskiego projektanta, słynącego ze spektakulatnych kreacji haute couture i odważnych projektów ready to wear. Dla niewtajemniczonych, za to orientujących się w świecie gwiazd - on ubiera Kate Winslet, Beyonce i Helen Mirren! Jego ubrania mogliśmy też podziwiać w hicie "Diabeł ubiera się u Prady".

Wczorajszą galę uświetnił także pokaz najpiękniejszych modeli sukien Chakry z obecnej kolekcji. Z powodu deszczu i prolemów organizacyjnych spóźniłam się na początek pokazu, ale to, co zobaczyłam, wystarczyło zupełnie, żeby mnie zachwycić - co prawda nie wszystkie propozycje Chakry mieszczą się w moich kategoriach estetycznych, ale połysk, kolor, rozmach i niezwykle kobiece fasony wielobarwnych sukien rzeczywiście odbierają dech w piersiach. Powiem więcej - udało mi się wejść na backstage i DOTYKAŁAM jednej z flagowych kreacji kolekcji, o tej:

Sami rozumiecie, pełnia szczęścia. To jednak nie koniec, bo tuż po bliskich oględzinach sukienki, uwaga, uwaga, przeprowadziłyśmy z Ktimene z Chakrą wywiad, który z pewnością należy wpisać do cv! Kiedy tylko ukaże się w sieci, podlinkuję i się pochwalę:).

Trochę o finalistach Fashion Designer Awards. Pierwszą nagrodę zdobyła Sabrina Pilewicz, ale ja od początku pokazu kibicowałam ostateczenej laureatce drugiego miejsca, Kamili Gawrońskiej-Kasperskiej, która zaprezentowała biało-przejrzystą, bombkową sukienkę z podnieszionym stanem i spektakularnym, szerokim golfem ozdobionym kryzą i czarnymi piórami. Suknia tak piękna, że gdyby była dłuższa (sięga za kolano) mogłaby być moją suknią ślubną. Jak tylko znajdę w sieci zdjęcie, wkleję i pokażę.  Rewelacyjny, awangardowy, ale i bardzo dziewczęcy projekt, który skojarzyłam z najnowszą kolekcją Chanel (kontrasty bieli i czerni, wąskie fasony, wyraźne detale, pozorne niewykończenia, klimat nowoczesnego retro).

Mój faworycki projekt nie był jednak jedynym, który mi się spodobał. Dominowały kreacje na wieczór, o wciętej, wyraźnie podkreślonej talii i zupełnie niezwykłych, zamaszystych spódnicach. Kilka wąskich, wieczorowych kreacji nawiązywało do empiru i glemour lat 30., a trafił się i projekt zupełnie jak z "Alicji w Krainie Czarów". W sumie - nie było ani jednego, którego bym nie założyła na bardzo, bardzo elegancką galę. Pięknie i brawa.

Po pokazie miałam zamiar oblać wieczór na after party, ale deszcz i chłód wypędziły chyba gości do domów. Wróciłam szybko do naszego pudełkowego-jak-samolot hotelu, zamówiłyśmy z K. pizzę i spędziłyśmy wieczór przed telewizorem. Nie oglądałyśmy mody - wrażeń było przecież aż nadto. Za chwilę ciąg dalszy i tak do niedzieli!

A dziś finał Złotej Nitki i pokaz Agathy Ruiz de la Prady. Nie mogę się doczekać:).

wtorek, 03 czerwca 2008
Paryska kolekcja Marcina Zienia w Warszawie

Zień

Pokaz Marcina Zienia był lokalną sensacją, choć najbardziej wtajemniczeni mogli obejrzeć go już w czasie Paryskiego Tygodnia Mody w lutym. W Warszawie przybyli jednak do Królikarni wszyscy ważni, mniej ważni, aspirujący i dziennikarze, a wśród nich ja - i nie rozczarowałam się, choć kolekcję już oglądałam, a i historycznych inspiracji było jak na lekarstwo, dość oczywiste i bardzo chaotyczne. Wielkiej notki z tej pięknej kolekcji więc nie będzie.

Najwięcej oczywiście było modnych nieustannie lat 60. Powróciły jak ostatnio co sezon w krótkich przed kolano, trapezowych sukienkach z jedwabiu i satyny, zebranych czasami w bombkę i ozdobionych w wysokiej talii typowym dla Zienia marszczeniem zwieńczonym szeroką klamrą lub szczątkowym pasem z kamieniem albo innym jeszcze wyraźnym detalem. Lata 60. to oczywiście też kubełkowe żakiety, długie do połowy uda bolerka i płaszcze o linii "A" oraz bufiaste wyrzucenia materiału powyżej linii biustu. Wszystko to bardzo na czasie i niestety mało oryginalne, choć rzeczywiście piękne.

Były też nieśmiałe powroty do przełomu lat 80. i 90. Projektanci coraz częściej, a wśród nich także i Zień, czerpią z czegoś, co nazwać można modą korporacyjną sprzed dwóch dekad. Oglądać więc można było wąskie do granic możliwości, niemal nudne w swej szarości spódniczki bardzo, bardzo mini, które kojarzą się z czasami „Pracującej dziewczyny" i flirtów nawiązywanych z braku czasu na życie prywatne w pracy. Były oczywiście i spódnice nieco dłuższe, prawie ołówkowe, wprost czerpiące z lat 90. Zestawione z półgolfami o luźnych rękawach i marszczeniach przy stójce przywoływały czasy jeszcze wcześniejsze - mi kojarzyły się jednoznacznie z estetyką podporządkowanego elegancji kiczu rodem z "Dynastii".

Lata 80. w wersji nieco luźniejszej przypominały raczej wąskie koktajlowe sukienki z wyrzucaną talią i spódnice z głębokimi kieszeniami - hit ostatniego lata, jak widać proponowany nam również na nadchodzącą jesień, a także ogromne swetro-sukienki z grubej, misternie tkanej dzianiny i o ogromnych, luźnych kołnierzach. Swoje miejsce znalazły też w kolekcji odpowiednie zarówno na wieczór, jak i na dzień, ultraszerokie spodnie z lejących tkanin.

Największe wrażenie zrobiły na mnie dyskretne nawiązania do eleganckiej, wieczorowej mody lat 30. Sięgające ziemi, eleganckie suknie o linii opływającej sylwetkę, w ciemnych, dostojnych granatach, szarościach i czerniach (plus zieleń!), zdobione połyskującymi detalami i głębokimi, luźnymi dekoltami w szpic, uszyte z delikatnych żorżet, jedwabi i muślinów, podkreślają wyrafinowaną, pewną własnego blasku kobiecość. Szerokie i bogato zdobione ręcznie zszywanymi, płaskimi rozetami mięsiste bolerka nadają się tylko na wielkie wyjście, ale też tak noszone były 80 lat temu. Piętrowe falbany mogłyby kojarzyć się równie dobrze z latami 60., ale to 30 lat wcześniej układane były z taką precyzją i konstruowane z przejrzystych, lekkich tiulów i koronek. Jakimś wizerunkowym nawiązaniem do szyku lat 30. były też przezroczyste zupełnie góry bluzek, naszywane na nich aplikacje z róż i proste ozdoby z pojedynczych ich pąków na głowach modelek.

Więcej podobieństw nie znalazłam. Chyba też nie było, bo nawet w materiałach prasowych podkreślano inspiracje płynące z flory i fauny Kambodży - z dala to bardzo od niezwykłego dorobku historii mody, do którego nawiązywał Zień w swoich poprzednich kolekcjach. Może następnym razem?

czwartek, 15 maja 2008
Lata 20., lata 40. - w jesiennej kolekcji H&M

HM

Zaproszono mnie na prezentację jesiennej kolekcji sieciowej marki H&M. Jakie są ubrania H&M w przeważającej większości, wie każdy jego klient - kolorowe, bez zahamowań łączące najdalsze inspiracje, bardzo masowe i najczęściej średniej jakości. Jednak zarówno poprzednia, zapowiadająca w listopadzie kolekcję letnią, jak i dzisiejsza prezentacja prawie przekonały mnie, że marka potrafi wzbić się ponad popularne wzorce i odważnie nie tylko łączyć, ale i klarować inspiracje - i to w wydaniu o jakości nie pozostawiającej nic do życzenia.

Z zadowoleniem stwierdziłam, że z sezonu na sezon marka cofa się w przeszłość. Latem proponowała najczystszej postaci lekkie lata 60. i kobiece, przesłodzone lata 50., a jesienią zaproponuje skok jeszcze głębiej wstecz - przede wszystkim w lata 40. i 20. Nie jest to tym razem uwspółcześniona wersja tamtejszej mody (jak to miało miejsce w przypadku kolekcji zimowej sprzed roku, która odnosiła się kolorystyką i fasonami do lat 80.), a wręcz dosłowne cytaty z elementów ubioru minionych epok.

Między wieloma innymi inspiracjami, które nie są tutaj przedmiotem mojego zainteresowania (choćby folkowe i sportowe), widać też wyraźne, nieco kabaretowe odniesienia do wczesnych lat 90. z ich przeskalowaną, męską sylwetką o szerokich ramionach, zamaszystymi krojami, wyraźnymi liniami i graficznymi załamaniach tkanin. Kolorystyka jest jednak bardziej współczesna - jak na jesień przystało, dominują szarości, czernie i głębokie brązy. Tu najbardziej podobały mi się przesadnie (bardziej niż w epoce!) szerokie spodnie, kubełkowe, ale marszczone płaszcze o linii litery „O", proste bluzki o kwadratowym rysunku ramion i dodatki. Buty! Nieco ciężkie wizualnie, o kwadratowych obcasach, szerokich paskach poniżej kostki, a także nadal obecne czółenka o zaokrąglonych skośnie noskach.

HandM

Wróćmy jednak do lat 20., najsilniej reprezentowanych w wieczorowej części kolekcji. Mamy więc w H&M lekkie materiały, zupełnie proste kroje-tuby sukienek kończących się w okolicach kolan, mnóstwo powiewających, poziomo naszywanych falbanek i frędzli (czarna sukienka jak z międzywojennego kabaretu!), przeszycia w niskiej linii bioder, a przede wszystkim luźne, ledwie muskające ciało fasony. Odniesienia są tak wyraźne, że niemal dosłowne, także w kolorystyce, w której - tym razem jak na wieczór przystało - najwięcej jest połyskującej czerni i upstrzonego mieniącymi się nitkami granatu. Linię rozjaśniają delikatne dodatki, jak np. jasna balowa torebeczka na krótkim łańcuszku, zamykana na metalowy klips i wyszywana koralikami.

Nawiązania do lat 40. mają dwoisty charakter. Z jednej strony pojawi się jesienią trochę dziennych bluzek i sukienek o zdecydowanej linii klepsydry, zmiękczonej nieco lekkimi materiałami, takimi jak żorżeta i cienka, lekko gnieciona bawełna zadrukowana w modne w epoce, przyszarzone łączki w gamie fioletu, a z drugiej mnóstwo dodatków wyraźniej inspirowanych latami 40. w ich wieczorowym wydaniu. Dodatki, tak bardzo wprost retro, że aż odważne, zachwyciły nie tylko mnie. Wśród nich największą sensację zrobił mikroskopijny toczek z obszerną woalką, a także duże kopertówki z kolorowej imitacji skóry krokodyla oraz - mój osobisty faworyt do kompletu z sukienką z frędzli - duża, składana na pół i nadająca się do noszenia w dłoni jako kopertówka lub torba dzienna torebka z grubo plecionego płótna w kolorze czarnym, ozdobiona wyraźnym haftem o motywach secesyjno-ludowych (taki miks!). Buty, których na prezentacji zabrakło, ale które podejrzałam w podarowanym mi katalogu, to w tej linii dość ciężkie czółenka z okrągłymi noskami, zapinane jak trzeba poniżej kostki i o szokującej kolorystyce.

Ciekawe, co czeka nas w następnym sezonie. Zostały lata 30. i... 10.? Jeśli zrealizowane jak opisane powyżej, byłabym zachwycona.

środa, 23 kwietnia 2008
Patrizia Pepe czerpie przekornie z lat 80.

Patrizia Pepe

Zaproszono mnie na prezentację najnowszej kolekcji włoskiej marki Patrizia Pepe. Zanim rozpoczął się zainscenizowany w salonie marki w Klifie pokaz mody, zdążyłam rzucić okiem na ubrania na wieszakach. Trudno stwierdzić, czy dominował jakikolwiek kolor - barwy były najróżniejsze, o różnym stopniu nasycenia i różnym stylowym rodowodzie. Jak się można było latem spodziewać, było safari, wydelikacona miejska dżungla i proste, minimalistyczne i lekko futurystyczne fasony sukienek z płótna i surowej bawełny. Nie mogąc zdecydować się na jasne określenie gamy kolorystycznej, w której dało się jedynie zauważyć nadreprezentację arcymodnych kolorów neonowych, postawiłam już od drzwi tezę najbardziej oczywistą - lata 70. rządzą także tutaj, mimo że hippisowskich inspiracji jak na lekarstwo.

Jak to z tezami bywa, moja okazała się w dużym stopniu błędna. Po pobieżnym przeglądzie sztywnych płócien, delikatnych batystów i utwardzanej bawełny, doszłam do prostego, ale miłego wniosku, że Patrizia ma odwagę odejść od obowiązujących highlightów najnowszych trendów. Kolekcja pozostaje nieco obok najgorętszych tendencji, czerpiąc z nich jedynie ogólne zarysy. Większość aktualnych jej linii nawiązuje odważnie, na granicy futuryzmu, do fasonów lat 80., potraktowanych ze sportowym przymrużeniem oka. O takim jej charakterze decydują sztywne, "twarde" w dotyku tkaniny, ujęte z nieznacznym zaburzeniem proporcji kobiecej sylwetki w marszczenia poniżej talii, ale powyżej niskiej linii bioder, troczki rodem z zajęć aerobiku, a także przełamujące obecną konwencję naśladownictwa lat 80. detale, jak naszywane od niechcenia kieszenie, plastikowe nity, niewykończone celowo obrębki, czy buty na płaskiej podeszwie, za to z wiązaniem zamiast wokół kostki, nieco poniżej jej. Zgodnie z aktualną modą naszywane tu i tam kamienie nie przypominają szkiełek Fendi, a raczej przyszytą niewprawną ręką zbieraninę przypadkowych kształtów drobiazgów. Linie strojów rwą się i falują, zachowując jednak surowy rytm dekonstruktywistycznych ubrań jak spod igły awangardowego krawca. Najbardziej zachowawcze w formie - co nie znaczy, że nudne! - są buty, mimo nawiązań do wszechobecnych platform i obcasów lekkie i zaskakujące, na przykład dzięki ciekawym łączeniom barw i faktur (choćby beżowego, postarzanego sznurka i ostrej, "plastikowej" fuksji na... warkoczowym splocie opaski wokół stopy) pełniące niemal biżuteryjną funkcję.

Gdzie tu lata 80.? Przede wszystkim w atmosferze kolekcji, kipiącej młodą energią i sportowym wdziękiem. Nawet najbardziej kobiece i eleganckie ubrania marki mają w sobie lekkość nonszalanckiego stylu nastolatek. W zestawieniu z ostrymi, owocowymi barwami, szlachetnymi materiałami z szaf dorosłych kobiet i minimalistycznymi fasonami, tworzy to ciekawy i energetyczny koktajl. Po poprzednich sezonach zdominowanych przez ósmą dekadę poprzedniego wieku w jej najbardziej szalonym, punkowym wręcz wydaniu, to świeża odmiana. Skądinąd urocze lata 70. ze swoimi kwiatami, szerokimi spodniami i masywnymi dodatkami wydają się przy takiej mieszance zgoła ciężkie i nudne (choć przecież nudę trudno im zarzucić). Wniosek - projektanci Patrizii Pepe się postarali, a ja cieszę się z pomyłkowej tezy.