Moda damska była zawsze najdroższą formą opakowania, czyli historyczne przebłyski stylowe
wtorek, 24 marca 2009
Moda sportowa w latach 20. i 30. XX wieku

Zima co prawda wciąż nie chce odejść, ale ja zaczynam już myśleć o wiosennej aktywności na świeżym powietrzu. I, przy okazji, zgubieniu kilu kilogramów - albo choć poprawcowaniu nad formą. Robiąc brzuszki pomyślałam o początkach mody sportowej.

Sport stał się nadzwyczaj popularny w latach 20. Nieoznacza to co prawda, że zamożne kobiety z wyższych sfer rzeczywiście masowo oddawały się wysiłkowi, ale w dobrym tnie było być opalona, gibką i zwinną (choćby w tańcu lub automobiu). Sprzyały temu luźne sukienki sięgające tylko połowy łydki, z obniżoną talią i obowiązkowo plisoanym do sportów dołem. Buty noszono na płaskiej podeszwie, lekkie i sznurowane wokół kostki, by zapewnić stabilność. Przewiewność zapewniały krótkie rękawki "motylki", które później, w latach 30., weszły do mody codziennej. Włosy przepasywano szerszą niż codzienna lub wieczorowa opaską. Moda sportowa nie różniła się bardzo od zwykłej, ale też aktywność fizyczna była tylko modna, a nie szeroko praktykowana. Mimo to - temu okresowi zawdzięczany uroczą modę tenisową.

W latach 30. sytuacja nieco uległa zmianie. Wyemancypowane kobiety jeździły już na nartach i chodziły po górach, a także po męsku jeździły konno. Sporty uprawiano w spodniach, oczywiście odpowiednio szerokich. Sport przestał kojarzyć się z bielą - najmodniejsze stało się aktualne do dzisiaj połączenie bieli, czerwieni i granatu. Szyku dodawał szal, zarzucony wokół szyi. Zgodnie z obowiązującą sylwetką, talia miała być bardzo wąska, a ramiona szerokie. Styl marynarski, o dziwo, miał swój poczatek na równi nad morzem, co i w górach!

poniedziałek, 02 marca 2009
Bielizna w XVIII wieku

Dzięki udoskonaleniu metod przędzalniczych do szyci bielizny coraz częściej używano bawełny. Z jednej strony było to rozwiązanie niezwykle wygodne - łatwiej było takie stroje prać i (taniej) wymieniać, z drugiej - mniej trwałe niże wełniane lub  płócienne, częściej ulegały zniszczeniu. Najbiedniejsi nie nosili bielizny wcale, używając tylko doczepianych mankietów i nosząc jedynie okrycia weierzchnie.

Bielizna, zarówno męska, jak i damska, wyglądała niemal identycznie. Najczęściej był nią rodzaj koszuli o prostym kroju, o bokach zszytych bez pasowań i cięć. Rękawy bez podkroju wszywane były prosto i marszczone na ramieniu w główce, na dole zebrane w mankiet. Do koszul przyszywano angażanty, a otwór na głowę obszyty bywał stójką. 

Mężczyźni nosili do takiej koszuli coś w rodzaju kalesonów, o kroju zbliżonym do krótkich spodni culotte. Nie miały kieszeni, a nowagwki wiązane były na krótkie troczki z tasiemki. 

Kobieca bielizna była oczywiście bardziej złożona. Pod podobnej do męskiej koszulą nosiły one gorset (kobiety pracujące dość miękki, bez usztywnień), a arystokratki także długie kamizelki ściągane z tyłu w talii. Kamizelki były podobne do męskich dziennych, o nawet zbliżonej do nich dekoracji. Spódnice bieliźniane szyto z płótna lnianego lub półbawełnianego. Identycznymi tkaninami podbijano suknie wierzchnie - wytrzymałe, dawały konieczne oparcie naprężeniom wywoływanym przez skrępowane gorsetem ciało i niebagatelną wagę jedwabnych sukni wierzchnich. 

20:53, szmizetka , rokoko
Link Komentarze (1) »
niedziela, 22 lutego 2009
Jednolitość mody gotyckiej

Lubimy uważać, że moda dawna, podobnie jak dawne umeblowania wnętrz, ideały urody lub najpiękniejsze fryzury stanowiły pożądany monolit, obowiązywały wszystkich i wszędzie w Europie i nie dawały możliwości odstępstwa od kanonu. Tymczasem było z modą, jak jest obecnie - pewna różnorodność stylowa, może mniej niż dziś szeroka, musiała byc zachowana choćby ze względu na stan majątkowy i status społeczny swoich użytkowników. Wielość stylów i równoczesna, bardziej oczywista klasowość mody, stanowiły mozaikę równie fascynującą, jak dziś, tyle, że bardziej okrutną.

Powszechna jednolitość stylu istniała jednak wedłyg welu hisoryków kostiumu w gotyku. Gotyk to nie tylko szkieletowe, ostrołukowe katedry i wydłużone rzeźby, ale też smukłe sylwetki ludzkie, wydłużone palce i wysokie, wydepilowane czoła dam, wyszczuplające, spłaszczające biusty suknie i stożkowe nakrycia głowy. Modna sylwetka była w gotyku jednolita dla wszystkich klas społecznych i stanów. Ubiory gotyckie, na ile da się je odwtorzyć, podobne były dla szlachty, dworów, biskupów i chłopów. W społeczeństwie średniowiecznym, mniej więcej do połowy XVI wieku, strój ludowy różnił się od reprezentacyjnego raczej tylko grubszym materiałem i usunięciem elementów przeszkadzających w pracy. Mieszczanie i szlachta różnili się w swym stroju tylko elementami zdobiącymi i rodzajem materiału, nie krojem i wyglądem sylwetki. Jeszcze w reformacji trudno odróżnić na portrecie sylwetkę patrycjusza od udzielnego księcia.

Zmienił tę sytuację absolutyzm, w czasie którego dystans dzielący dwory królewskie od reszty ludności stał się nie do przebycia. Za Ludwika XIV doszedł on do absurdu i od tego czasu kontrast ubioru rozmaitych wartsw był jaskrawo wymowny.  Dopiero pozytywizm, a nawet pierwsza wojna światowa spowodowała ponowne dążenie do unifikacji i demokratyzacji modnej sylwetki.   

10:19, szmizetka , Gotyk
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 września 2008
Zamknięte gorsety renesansowe w stylu hiszpańskim

...różniły się znacznie od francuskich i wyparły je z części zachodniej Europy, opuszczając i spłaszczając uniesione i wypchnięte dotąd do góry przez noszone dotąd gorsety piersi. Wzrok (pewnie męski...) miał nie błądzić po kuszących wypukłościach bezwstydnie (!) pokazywanych przez zepsute (!!) Francuzki, a prześlizgiwać  się po zasznurowanym, zamkniętym i ściśle opakowanym tułowiu najlepiej do samej ziemi.

Hiszpańska moda ignorowała biust, koncentrując się na brzuchu. Fiszbinowe rusztowania zanikły, staniki były wydekoltowane, pozbawione rękawów i mocno sznurowane, uszyte ze sztywnego płótna. Za ich sprawą tułów nabierał kształtów stożka, na którym opierało się verdugado.

Gorset taki ukrywany był pod suknią i nadal bardzo sztywny. Konstruowano go z nakrochmalonego płótna, w które wszywano metal, drewno i fiszbiny nawet ze (!!!) skóry. Czasami, z braku kości słoniowej, do usztywniania tej konstrukcji używano nawet indyczych mostków. Miał płaską i sztywną bryklę, która spłaszczała brzuch, początkowo wykonywaną z drewna, a potem metalu. Ważyła nawet kilogram! Była to, gwoli wyjaśnienia, kunsztownie wówczas i tylko w Hiszpanii zdobiona i grawerowana, wsuwana w etui z tkaniny lekko wygięta "anatomicznie" przednia część stanika sukni, którą osłaniano przód gorsetu. W końcowej fazie zamiast innych usztywnień w miejsce brykli wszywano w gorset stalowe ostrze!

By nie narażać wobec takich machinacji na zranienie bioder, gorset kończył się dużo poniżej talii węższym "ogonem raka" i był tak watowany, by unieść fałdy verdugado. Jego usztywnienia wszywane były także po to również poprzecznie, w kształcie półksiężyców, na wysokości żołądka i mostka. Początkowo był on też usztywniony w ramionach, ale znajdujące się po obu ich stronach fiszbiny nie łączyły się ze sobą, można było natomiast regulować ich położenie za pomocą łączących je sznurków. Dziurki, przez które przechodziły, były niekiedy zdobione nawet diamentami!

Wobec takich rewelacji o gorsetach otwartych innym razem. 

 

22:06, szmizetka , Renesans
Link Komentarze (2) »
środa, 27 sierpnia 2008
Krótka historia długich męskich spodni

Jak wiadomo, spodnie są wynalazkiem wschodnim, a ich narodziny mają ścisły związek z wygodą przemieszczania się. Najprawdopodobniej narodziły się one na Bliskim Wschodzie, a ich ojcami (i matkami też!) były ludy wędrowne, które pierwsze udomowiły konia, czyniąc z niego najszybszy środek komunikacji. W szacownej, chrześcijańskiej Europie portki były dobre dla najniższych stanem jako uzupełnienie koszuli - stany wyższe z godnością, acz z problemami, poruszały się w drapowanych szatach, sukniach i tunikach. Aż do średniowiecza, które (o, ironio!) przyniosło powiew wschodnich nowości.

Nowe przyszło dwutorowo. Niższe warstwy pozostały wierne przyodziewkowi najwygodniejszemu przy pracy - krótkim spodenkom (najwyżej do połowy łydki) wiązanym w pasie z lnianą lub płócienną koszulą. Warstwy wyższe, duchowieństwo i rycerstwo, spostrzegły wtedy mniej więcej przytomnie, że jazda konna daleko wygodniejsza jest, gdy nie wiatr nie podwiewa niestetycznie (i zimno!) szat przy każdym ruchu zwierzęcia. Spodnie-rajtuzy, bo takie były na początku najbardziej popularne, były początkowo zabezpieczającą przez chłodem warstwą spodnią właśnie pod tuniki.

Ponieważ jednak już wówczas to moda ulicy decydowała w jakimś stopniu (choć powoli) o trendach (które zmieniały się wówczas co kilkadziesiąt lat, nie dni) w modzie, to chłopi wypracowali dla świata bardziej nowoczesne podejście do spodni. Marynarze i robotnicy w portach za nic sobie mieli obbcisłe rajtuzy i pracowali w najwygodniejszych im szerokich nogawkach. Około 1630 roku eleganccy panowie także dostrzegli ich zalety i zaczęli nosić luźniejsze spodnie do pół łydki, wkładane w buty z krótką cholewką. Potem nastała komiczna moda na rhingrave, czyli spódnicę-spodnie o nogawkach szerszych niż metr (!) i trzy ćwierci oraz spodnie do kolan. Spodnie sięgnęły kostek dopiero po roku 1792, kiedy okołorewolucyjni francuscy patrioci przybrali zbiorcze imię sankiulotów (culotte to nazwa spodni sięgających kolan) i włożyli spodnie do ziemi. I one jednak szybko rozpoczęły godny szlachciców, a nie szlachetnych buntowników, proces niewygodnego zwężania się i stały się niebawem tak niewygodne i trudne do włożenia jak rajtuzy przedrewolucyjnej arystokracji. Ponowie zaczęto wsuwać je w buty z krótką cholewką. 

Za czasów restauracji spodnie znowu wydłużyły się i oparły na butach, a nawet, by sięgały zawsze ziemi, mocowano je skórzanym paskiem przebiegającym pod stopą. W ciągu dnia noszono spodnie jasne, a wieczorem ciemne (stąd białe do dziś bryczesy! Koń nadal był przecież dziennym męskim środkiem komunikacji, wieczorem lub w towarzystwie dam zastępowanym przez powozy). Strzemiączka spodni zniknęło dopiero w połowie XIX wieku, kiedy na skutek powieści Waltera Scotta bardzo modne stały się kraty. Przez kolejne 20 lat nadal jednak nie noszono spodni i marynarek ani fraków z tego samego materiału, z którego uszyte były spodnie.  Mimo narodzin trzyczęściowego garnituru na wieczór noszono ciemny żakiet ze sztuczkowymi spodniami.

Wiek XX przyniósł oczywiście szybkie i częste zmiany, o tym jednak co najmniej jedna notka osobno.  

poniedziałek, 11 sierpnia 2008
Początki tzw. bliźniaka, czyli alternatywna historia sweterków naszych cioć

Bardzo raniące moje uszy w kontekście modowym słowo "bliźniak" oznacza, jak wiedzą wszystkie kobiety i prawie żaden mężczyzna (szczęśliwcy, że rzecz ich nie dotyczy) wyjątkowo moim zdaniem nudny, bo jednokolorowy zestaw lekkiego sweterka bez rękawów lub z krótkimi rękawkami i zapinanego na guziczki kardiganu. Jego powszechnie znana historia kojarzy się z wielkimi początkami w pracowniach Chanel i popularyzacją w latach 50., kiedy opinały ogromne, "pancerne" staniki ówczesnych elegantek w średnim wieku. Ale trafiłam na stadium pośrednie, dalekie od stereotypu.

Otóż pod koniec lat 40. (w okolicach 1947 roku, tak na oko) kobiety przebywające w zaciszu domowych pieleszy zaczęły zastępować "tea gown" i peniuary spodniami i coraz krótszymi wdziankami, które stopniowo zaczęły wypierać szlafroki. Wtedy też powoli, ale coraz bardziej powszechnie młodzież zaczęła nosić ich wygodniejsze odpowiedniki, nie wymagające przebierania się przed wyjściem z domu: komplety złożone ze spodni, coraz cieńszych swetrów i bluzek. Był on początkowo bardziej fantazyjny, hojniej zdobiony i bardziej kolorowy niż te, które noszono na zewnątrz. Z czasem pastelowe kolory wyszły na ulice, a i starsze kobiety - jak to bywa od drugiej wojny światowej - zaczęły naśladować młodych. Stąd już tylko krok do bliźniaczej nudy, nieuchronnie okrzykniętej klasyką damskiego ubioru już w latach 60.

Ja tam noszę kardigany, ale w innym kolorze niż tło. A cioć nie mam za dużo. Takie oto lekkie myśli po urlopie:).

wtorek, 22 lipca 2008
Kapelusz jako korona z innego świata, czyli nakrycia głowy w latach 30.

Pisałam już o siateczkach na włosy, które narodziły się podtrzymywały fryzury kobiet przez dwie dekady począwszy od lat 30. XX wieku. Dodatek to do stroju może nie był imponujący, zwłaszcza jak na wysokie standardy narzucone przez kilkusetletnią historię nakryć głowy, ale i tak w porównaniu z modami panującymi w bezlitosnym dla trendów świecie kapeluszy utrzymywal się w modzie (i na głowach elegantek) dość długo w niewiele zmienionej wersji. Dumne kapelusze pojawiały się i znikały jak niewierni kochankowie, i jak pokazują żurnale i filmy z lat 30., prowadziły jak oni podwójne życie.

Wymagająca moda lat 30. służyła kobietom (z biedniejszych szydziła...) do prezentowania ich statusu społecznego. Uboga dekada pomiędzy wojnami była jednocześnie czasem jazzu, blichtru, zabaw i najwystawniejszych rozrywek, więc nic dziwnego, że wysoka moda miała się wówczas znakomicie. Kapelusze świadczące, jak przez stulecia, o pozycji społecznej swoich nosicielek miały być - tak jak zdobienia sukien - niezwykle wymyślne i jak one beztrosko zabawne. Miały. Mimo mody na zabawne, lekkie nakrycia głowy, lansowanej przez gwiazdy filmowe i najsłynniejsze kabarety, przeciętne kobiety, które powoli zaczynały dyktować projektantom trendy według własnych potrzeb, nosiły zwykłe, kapelusze w kształcie klosza, i to nosiły je aż do samej wojny, kiedy to, chyba dla podtrzymania ducha, stały się modne nakrycia głowy o najdziwniejszych kształtach, szyte z różnych materiałów i zdobione w najbardziej wymyślny sposób frezami, cekinami i arcymodnymi wtedy motywami marynarskimi. Modne były również małe kapelusiki tyrolskie, powoli wkraczać też zaczęły popularne w latach 40. berety i turbany, zapomniane nieco od szalonych karnawałów lat 20. Najbardziej odważne z modniś przedwojennej dekady nosiły kapelusze nawiązujące do nakryć głowy... średniowiecznych.

To na fali udziwnionych pomysłów na zdobienie fryzury wypłynęła przecież Elsa Schiaparelli, założycielka domu mody mającego w swoim portfolio surrealistyczne (przyjaźniła się zresztą z surrealistami, może stąd takie inspiracje?) kapelusze w kształcie buta, kałamarza z piórem, a nawet... kotleta. Dekadencka zabawa pomiędzy wojnami przypominała więc ostatni, szaleńczy bal straceńców, którym nawet zwykła, piękna moda spowszedniała.

poniedziałek, 14 lipca 2008
Zień w Królikarni

Ostatnia sobota uplynęła pod znakiem prostych przyjemności, wśród których poczesne miejsce miała zająć wycieczka do Królikarni, w kórej gościłam ostatnio (wstyd się przyznać) tylko z okazji służbowych, np. z okazji pokazu paryskiej kolekcji Macieja Zienia. Zienia też obejrzałam tym razem i z prawdziwą przyjemnością, choć na honorowe miejsce wystawa jego prac nie zasłużyła.

Wystawa oczywiście bardzo przyjemna, bo czy może nie być przyjemnym spacer wśród ładnych sukienek? No właśnie - ładnych i niewiele więcej, choć jedna z sal poświęcona została bardzo interesującym kreacjom scenicznym, które to kreacje znacząco podniosły moje nieco podupadłe wrażenia estetyczne.

Ładne sukienki to dla mnie jak na Zienia jednak za mało. Zresztą nie wszystkie ładne. Najstarsze suknie projektanta, mające około 10 lat, wręcz straszą naiwną stylizacją na (ówczesną) nowoczesność i niestety bardzo widać po nich naśladowanie przebrzmiałych już trendów. Jaskrawe kolory i siermiężna, nawet jeśli gatunkowo znakomita koronka, plus zdefasonowane kroje trącą nawet gdzieniegdzie tandetą! Udziwnione piórami, przeszyciami i poszarpanymi tkaninami suknie konkurowały z klasycznymi do bólu, wręcz nudnymi modelami typowo "czerwonodywanowymi", szytymi chyba pod publiczkę i wyłącznie na potrzeby niezbyt światowych festiwali polskiej piosenki. Zdjęcia pozujących w nich gwiazd zamieszczone na tabliczkach obok sukien nieco ratowały sytuację, ale przecież wielka moda powinna bronić się sama. Nie zgadzam się tu z Chanel, która mawiała, że dopero kobieta "robi" sukienkę. Dawne haute couture nawet w szacownych muzeach wygląda zjawiskowo, a dobre pret-a-porter na zwykłym wieszaku ustępuje mu naprawdę niewiele.

Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że wystawa mi się nie podobała. Ciekawa aranżacja, efekty dźwiękowe i świetlne (może poza wydumanym filmem w połowie wystawy) urozmaiciły w dobrym tego słowa znaczeniu krótką niestety trasę zwiedzania. Wystawa nie nosi cech edukacyjnych - nie dowiemy się z niej niczego o warsztacie Zienia, za to sporo o jego znanych klientkach i hojnych sponsorach (dość naciągany pomysł z prezentacją w gablotach... telefonów i kosmetyków popularych marek, sygnowanych inicjałem projektanta). Obejrzymy też, poza ładno-nudnymi sukienkami, kilka projektów zaskakujących prostotą - jak na przykład świetne, odnoszące się do lat 30. i 40. minimalistyczne, ale ultrakobiece modele z jedwabiu i satyny, zdobione jedynie tam, gdzie tłumaczy się to funkcjonalnością. Projekty dla sceny z kolei przyciągają kunsztem: nawiązujące do mody rokokowej, przewrotnie niosą ze sobą mroczną atmosferę teatralnych tragedii (czerń i purpura, tiurniury, woalki zasłaniające jak maski dolną część twarzy, panier).

Nie ma sensu rozpisywać się o sukniach, które odpowiednie są na telwizyjne gale, ale na pewno nie przejdą do polskiej historii mody. Jeśli macie ochotę na urocze pół godziny, warto spędzić je u Zienia w Królikarni. Widać wyraźnie, że wystawa ma stanowić wartość dodaną do horrendalnego na pewno rachunku za wynajem muzeum na "pokaz poparyski"; widać też niestety, że najnowsze inspiracje Zienia zbyt dużo czerpią z ogólnie przyjętych na ten sezon tendecji, a za mało w nich indywidualizmu i świeżości. Jak zawsze spragniona inpiracji płynących z najbardziej szlachetnych momentów modowej historii, wyszłam nieco rozczarowana. Jak bardzo za to podobała mi się wyciszona Królikarna bez blichtru celebrytów i czerwonego dywanu, jaki opanowal muzeum w wieczór pokazu! A w pustym ogrodzie nadal stały niewzruszone, surowe rzeźby Dunikowskiego. Dobrze wpaść i przypomnieć sobie, że to nadal jego muzeum.

niedziela, 29 czerwca 2008
Jeszcze zabawniej, niż ostatnio

Sporo czasu spędziłam dziś w CSW (Efek Czerwonych Oczu polecam gorąco: wystawa świetna, choć eksponaty znane - kto nie opuszcza raczej stołecznych wystaw, widział już większość fotografii). Na piętrze obok polskiej fotografii jest jeszcze jedna wystawa, którą - proszę mi wybaczyć - obejrzałam chichocząc pod nosem mniej więcej od jednej trzeciej trasy, czyli od wideo, które bawi mnie cały dzień: artystka z całą zaciętością wyrzucała na profesjonalny, duży zestaw perkusyjny kolejne worki ziemniaków, robiąc przy tym niesłychany rumor i bałagan. Ale jak to brzmiało!

No, stąd właśnie po tak dużym wstępie równie zabawny i bardzo krótki pomysł na dzisiejszą notkę. W jakiejś starej broszurce wydanej na okoliczność wystawy w Zamościu z dwadzieścia lat temu przeczytałam co nieco o absurdach XIX-wiecznej mody kobiecej. Oczywiście, nie żebym nie wiedziała, że cała ta moda to był w dużej mnierze absurd, choć piękny. Wiem - ale znalazłam żabawne słowa, a bywa, że słowa lubię najbardziej.

Noszono np. "suknię piramidalną". Moda na nią nastała w 1844 roku i potrwała dwa lata. I tak długo - w miejscu falban i innych zdobień przybrane były mnóstwem kółek aksamitnych, stopniowanej wielkości i szerokości, układanych w sposób właśnie piramidalny, czyli od dołu sukni aż do pasa. Chodzić w tym nie było widocznie łatwo, skoro tak szybko suknia zniknęła z mody, a kobiety ówczesne były przyzwyczajone przecież do wszelkich najcięższych ubraniowych niewygód.

Obiecane słowa: polszczyzna starała się zastąpić obcobrzmiące nazwy garderoby swojskimi, i tak np. noszono nie kapelusze, a "chwiejniki", a pod suknią ciało rzeźbiły nie gorsety, a "ściskawki". Noszono też modne spódnice-szarawary "a la kozak", "fraki jaskółcze" oraz suknie "a la gramatyk", "psycholog", "filozof", fraki "a la profesor", "redaktor" lub "dyrektor", a nawet stroje "a la pajaco". Co to ostatnie oznacza, przyjdzie mi jeszcze poszukać, ale to już jak przestanę wreszcie śmiać się pod nosem.

19:11, szmizetka , wiek XIX
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 czerwca 2008
Zabawne koleje mody dziecięcej w XIX wieku

Moda to mało dziecięca rzecz, ale wiek XIX obfitował w tej dziedzinie w tak ciekawe zdarzenia, że nie sposób nie napisać o niej choć kilku słów.

Przed dziewiętnastym stuleciem, począwszy do wczesnych wieków średnich, moda dziecięca w zasadzie nie istniała. Dzieci ubierano podobnie jak dorosłych, szyjąc dla nich małe ubranka do złudzenia przypominające stroje dorosłych. Dziewczynki sznurowano od dość wczesnych lat w gorsety, chłopcy nosili miniaturki fraków i żupanów. W Polsce oraz we wszystkich klasasch niższych niewygodny proceder nie był co prawda tak nasilony, ale wzorem dziecięcej elegancji, odkąd tylko maluchy wyrastały z becików i pewniej trzymały się na nogach, były jednak ubrania dorosłych.

XIX wiek przyniósł rewolucyjne zmiany, choć były okresy, w których i one zanikały, a dzieci znowu ubierano w nieco krótsze, ale jednak dorosłe suknie i marynarki. Proces przystosowywania dziecięcej garderoby do specyficznych potrzeb kilkulatków rozpoczęły lata 30. XIX wieku - dziś może się to wydawać egzotyczne, ale zaczęto wtedy młodsze dzieci, zarówno chłopców, jak i dziewczynki, ubierać w niemal identyczne sukienki i długie pantalony. Co jeszcze bardziej interesujące, niezależnie od płci dzieci czesano także podobnie: w długie, rozpuszczone lub związane nisko na karku loki (często specjalnie nakręcane!).

Moda ta nie trwała jednak długo i już pod koniec trzeciej dekady wieku stroje, zwłaszcza starszych dzieci, ponownie upodobniły się do ubrań dorosłych. Tendencja ta utrzymała się do połowy stulecia. Wtedy też długie suknie i spodnie stały się gorącym marzeniem wielu małolatów - najmłodsze dzieci nosiły krótkie spódnice i spodenki, które wydłużały się wraz z wiekiem. Długość sięgająca ziemi stała się więc symbolem dorosłości, podobnie jak wysoko upięte u kobiet włosy, które jako dziewczynki nosiły one puszczone luźno i nieco tylko ufryzowane zgodnie w aktualną modą.

Te zwyczaje w modzie dziewczynek pozostały aktualne aż do pierwszej wojny światowej, która jak wiadomo przewróciła do góry nogami nie tylko świat strojów. To, co działo się natormiast w modzie chłopięcej, wydaje mi się dość zabawne. Wszyscy znamy charakterystyczne marynarskie ubranka chłopców, składające się z krótkich spodenek (wydłużanych wraz z wiekiem, ale nie sięgające nigdy ziemi - po osiągnięciu pewnego wieku chłopcy porzucali granatowe uniformy, przebierając się już na zawsze w dorosłe ubrania: co za doniosły moment!) i luźnej bluzy. Otóz to popularne w początku XX wieku ubranko miało swój początek w przedziwnych kombinezonach z aksamitu, z krótkimi pantalonami i białymi pończochami, przewiązywanych w pasie szarfą i ozdabianych wielkim białym kołnierzem z falbankami. Całości dopełniała fryzura z rozpuszczonych loków. Taka "dziewczyńska stylizacja" miała nawiązywać do modnych podówczas czasów trzech muszkieterów i upowszechniła się po wydaniu książki "Mały lord" w 1886 roku. Co ciekawe, moda na styl marynarski, która nastała w tym samym mniej więcej czasie, miała bardzo "męskie" korzenie - przyszła z Niemiec i Anglii, krajów o bogatej i dumnej flocie i wojennych ambicjach. Więcej zamieszania? Do aksamitnych kombinezonów i marynarskich uniformów noszono słomkowe kapelusze, które dopiero pod koniec wieku stały się popularnym nakryciem głowy dziewcząt. Mężczyźni prekursorami mody mimo woli?

19:34, szmizetka , wiek XIX
Link Komentarze (1) »