Moda damska była zawsze najdroższą formą opakowania, czyli historyczne przebłyski stylowe
środa, 27 sierpnia 2008
Krótka historia długich męskich spodni

Jak wiadomo, spodnie są wynalazkiem wschodnim, a ich narodziny mają ścisły związek z wygodą przemieszczania się. Najprawdopodobniej narodziły się one na Bliskim Wschodzie, a ich ojcami (i matkami też!) były ludy wędrowne, które pierwsze udomowiły konia, czyniąc z niego najszybszy środek komunikacji. W szacownej, chrześcijańskiej Europie portki były dobre dla najniższych stanem jako uzupełnienie koszuli - stany wyższe z godnością, acz z problemami, poruszały się w drapowanych szatach, sukniach i tunikach. Aż do średniowiecza, które (o, ironio!) przyniosło powiew wschodnich nowości.

Nowe przyszło dwutorowo. Niższe warstwy pozostały wierne przyodziewkowi najwygodniejszemu przy pracy - krótkim spodenkom (najwyżej do połowy łydki) wiązanym w pasie z lnianą lub płócienną koszulą. Warstwy wyższe, duchowieństwo i rycerstwo, spostrzegły wtedy mniej więcej przytomnie, że jazda konna daleko wygodniejsza jest, gdy nie wiatr nie podwiewa niestetycznie (i zimno!) szat przy każdym ruchu zwierzęcia. Spodnie-rajtuzy, bo takie były na początku najbardziej popularne, były początkowo zabezpieczającą przez chłodem warstwą spodnią właśnie pod tuniki.

Ponieważ jednak już wówczas to moda ulicy decydowała w jakimś stopniu (choć powoli) o trendach (które zmieniały się wówczas co kilkadziesiąt lat, nie dni) w modzie, to chłopi wypracowali dla świata bardziej nowoczesne podejście do spodni. Marynarze i robotnicy w portach za nic sobie mieli obbcisłe rajtuzy i pracowali w najwygodniejszych im szerokich nogawkach. Około 1630 roku eleganccy panowie także dostrzegli ich zalety i zaczęli nosić luźniejsze spodnie do pół łydki, wkładane w buty z krótką cholewką. Potem nastała komiczna moda na rhingrave, czyli spódnicę-spodnie o nogawkach szerszych niż metr (!) i trzy ćwierci oraz spodnie do kolan. Spodnie sięgnęły kostek dopiero po roku 1792, kiedy okołorewolucyjni francuscy patrioci przybrali zbiorcze imię sankiulotów (culotte to nazwa spodni sięgających kolan) i włożyli spodnie do ziemi. I one jednak szybko rozpoczęły godny szlachciców, a nie szlachetnych buntowników, proces niewygodnego zwężania się i stały się niebawem tak niewygodne i trudne do włożenia jak rajtuzy przedrewolucyjnej arystokracji. Ponowie zaczęto wsuwać je w buty z krótką cholewką. 

Za czasów restauracji spodnie znowu wydłużyły się i oparły na butach, a nawet, by sięgały zawsze ziemi, mocowano je skórzanym paskiem przebiegającym pod stopą. W ciągu dnia noszono spodnie jasne, a wieczorem ciemne (stąd białe do dziś bryczesy! Koń nadal był przecież dziennym męskim środkiem komunikacji, wieczorem lub w towarzystwie dam zastępowanym przez powozy). Strzemiączka spodni zniknęło dopiero w połowie XIX wieku, kiedy na skutek powieści Waltera Scotta bardzo modne stały się kraty. Przez kolejne 20 lat nadal jednak nie noszono spodni i marynarek ani fraków z tego samego materiału, z którego uszyte były spodnie.  Mimo narodzin trzyczęściowego garnituru na wieczór noszono ciemny żakiet ze sztuczkowymi spodniami.

Wiek XX przyniósł oczywiście szybkie i częste zmiany, o tym jednak co najmniej jedna notka osobno.  

poniedziałek, 11 sierpnia 2008
Początki tzw. bliźniaka, czyli alternatywna historia sweterków naszych cioć

Bardzo raniące moje uszy w kontekście modowym słowo "bliźniak" oznacza, jak wiedzą wszystkie kobiety i prawie żaden mężczyzna (szczęśliwcy, że rzecz ich nie dotyczy) wyjątkowo moim zdaniem nudny, bo jednokolorowy zestaw lekkiego sweterka bez rękawów lub z krótkimi rękawkami i zapinanego na guziczki kardiganu. Jego powszechnie znana historia kojarzy się z wielkimi początkami w pracowniach Chanel i popularyzacją w latach 50., kiedy opinały ogromne, "pancerne" staniki ówczesnych elegantek w średnim wieku. Ale trafiłam na stadium pośrednie, dalekie od stereotypu.

Otóż pod koniec lat 40. (w okolicach 1947 roku, tak na oko) kobiety przebywające w zaciszu domowych pieleszy zaczęły zastępować "tea gown" i peniuary spodniami i coraz krótszymi wdziankami, które stopniowo zaczęły wypierać szlafroki. Wtedy też powoli, ale coraz bardziej powszechnie młodzież zaczęła nosić ich wygodniejsze odpowiedniki, nie wymagające przebierania się przed wyjściem z domu: komplety złożone ze spodni, coraz cieńszych swetrów i bluzek. Był on początkowo bardziej fantazyjny, hojniej zdobiony i bardziej kolorowy niż te, które noszono na zewnątrz. Z czasem pastelowe kolory wyszły na ulice, a i starsze kobiety - jak to bywa od drugiej wojny światowej - zaczęły naśladować młodych. Stąd już tylko krok do bliźniaczej nudy, nieuchronnie okrzykniętej klasyką damskiego ubioru już w latach 60.

Ja tam noszę kardigany, ale w innym kolorze niż tło. A cioć nie mam za dużo. Takie oto lekkie myśli po urlopie:).