Moda damska była zawsze najdroższą formą opakowania, czyli historyczne przebłyski stylowe
wtorek, 22 lipca 2008
Kapelusz jako korona z innego świata, czyli nakrycia głowy w latach 30.

Pisałam już o siateczkach na włosy, które narodziły się podtrzymywały fryzury kobiet przez dwie dekady począwszy od lat 30. XX wieku. Dodatek to do stroju może nie był imponujący, zwłaszcza jak na wysokie standardy narzucone przez kilkusetletnią historię nakryć głowy, ale i tak w porównaniu z modami panującymi w bezlitosnym dla trendów świecie kapeluszy utrzymywal się w modzie (i na głowach elegantek) dość długo w niewiele zmienionej wersji. Dumne kapelusze pojawiały się i znikały jak niewierni kochankowie, i jak pokazują żurnale i filmy z lat 30., prowadziły jak oni podwójne życie.

Wymagająca moda lat 30. służyła kobietom (z biedniejszych szydziła...) do prezentowania ich statusu społecznego. Uboga dekada pomiędzy wojnami była jednocześnie czasem jazzu, blichtru, zabaw i najwystawniejszych rozrywek, więc nic dziwnego, że wysoka moda miała się wówczas znakomicie. Kapelusze świadczące, jak przez stulecia, o pozycji społecznej swoich nosicielek miały być - tak jak zdobienia sukien - niezwykle wymyślne i jak one beztrosko zabawne. Miały. Mimo mody na zabawne, lekkie nakrycia głowy, lansowanej przez gwiazdy filmowe i najsłynniejsze kabarety, przeciętne kobiety, które powoli zaczynały dyktować projektantom trendy według własnych potrzeb, nosiły zwykłe, kapelusze w kształcie klosza, i to nosiły je aż do samej wojny, kiedy to, chyba dla podtrzymania ducha, stały się modne nakrycia głowy o najdziwniejszych kształtach, szyte z różnych materiałów i zdobione w najbardziej wymyślny sposób frezami, cekinami i arcymodnymi wtedy motywami marynarskimi. Modne były również małe kapelusiki tyrolskie, powoli wkraczać też zaczęły popularne w latach 40. berety i turbany, zapomniane nieco od szalonych karnawałów lat 20. Najbardziej odważne z modniś przedwojennej dekady nosiły kapelusze nawiązujące do nakryć głowy... średniowiecznych.

To na fali udziwnionych pomysłów na zdobienie fryzury wypłynęła przecież Elsa Schiaparelli, założycielka domu mody mającego w swoim portfolio surrealistyczne (przyjaźniła się zresztą z surrealistami, może stąd takie inspiracje?) kapelusze w kształcie buta, kałamarza z piórem, a nawet... kotleta. Dekadencka zabawa pomiędzy wojnami przypominała więc ostatni, szaleńczy bal straceńców, którym nawet zwykła, piękna moda spowszedniała.

poniedziałek, 14 lipca 2008
Zień w Królikarni

Ostatnia sobota uplynęła pod znakiem prostych przyjemności, wśród których poczesne miejsce miała zająć wycieczka do Królikarni, w kórej gościłam ostatnio (wstyd się przyznać) tylko z okazji służbowych, np. z okazji pokazu paryskiej kolekcji Macieja Zienia. Zienia też obejrzałam tym razem i z prawdziwą przyjemnością, choć na honorowe miejsce wystawa jego prac nie zasłużyła.

Wystawa oczywiście bardzo przyjemna, bo czy może nie być przyjemnym spacer wśród ładnych sukienek? No właśnie - ładnych i niewiele więcej, choć jedna z sal poświęcona została bardzo interesującym kreacjom scenicznym, które to kreacje znacząco podniosły moje nieco podupadłe wrażenia estetyczne.

Ładne sukienki to dla mnie jak na Zienia jednak za mało. Zresztą nie wszystkie ładne. Najstarsze suknie projektanta, mające około 10 lat, wręcz straszą naiwną stylizacją na (ówczesną) nowoczesność i niestety bardzo widać po nich naśladowanie przebrzmiałych już trendów. Jaskrawe kolory i siermiężna, nawet jeśli gatunkowo znakomita koronka, plus zdefasonowane kroje trącą nawet gdzieniegdzie tandetą! Udziwnione piórami, przeszyciami i poszarpanymi tkaninami suknie konkurowały z klasycznymi do bólu, wręcz nudnymi modelami typowo "czerwonodywanowymi", szytymi chyba pod publiczkę i wyłącznie na potrzeby niezbyt światowych festiwali polskiej piosenki. Zdjęcia pozujących w nich gwiazd zamieszczone na tabliczkach obok sukien nieco ratowały sytuację, ale przecież wielka moda powinna bronić się sama. Nie zgadzam się tu z Chanel, która mawiała, że dopero kobieta "robi" sukienkę. Dawne haute couture nawet w szacownych muzeach wygląda zjawiskowo, a dobre pret-a-porter na zwykłym wieszaku ustępuje mu naprawdę niewiele.

Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że wystawa mi się nie podobała. Ciekawa aranżacja, efekty dźwiękowe i świetlne (może poza wydumanym filmem w połowie wystawy) urozmaiciły w dobrym tego słowa znaczeniu krótką niestety trasę zwiedzania. Wystawa nie nosi cech edukacyjnych - nie dowiemy się z niej niczego o warsztacie Zienia, za to sporo o jego znanych klientkach i hojnych sponsorach (dość naciągany pomysł z prezentacją w gablotach... telefonów i kosmetyków popularych marek, sygnowanych inicjałem projektanta). Obejrzymy też, poza ładno-nudnymi sukienkami, kilka projektów zaskakujących prostotą - jak na przykład świetne, odnoszące się do lat 30. i 40. minimalistyczne, ale ultrakobiece modele z jedwabiu i satyny, zdobione jedynie tam, gdzie tłumaczy się to funkcjonalnością. Projekty dla sceny z kolei przyciągają kunsztem: nawiązujące do mody rokokowej, przewrotnie niosą ze sobą mroczną atmosferę teatralnych tragedii (czerń i purpura, tiurniury, woalki zasłaniające jak maski dolną część twarzy, panier).

Nie ma sensu rozpisywać się o sukniach, które odpowiednie są na telwizyjne gale, ale na pewno nie przejdą do polskiej historii mody. Jeśli macie ochotę na urocze pół godziny, warto spędzić je u Zienia w Królikarni. Widać wyraźnie, że wystawa ma stanowić wartość dodaną do horrendalnego na pewno rachunku za wynajem muzeum na "pokaz poparyski"; widać też niestety, że najnowsze inspiracje Zienia zbyt dużo czerpią z ogólnie przyjętych na ten sezon tendecji, a za mało w nich indywidualizmu i świeżości. Jak zawsze spragniona inpiracji płynących z najbardziej szlachetnych momentów modowej historii, wyszłam nieco rozczarowana. Jak bardzo za to podobała mi się wyciszona Królikarna bez blichtru celebrytów i czerwonego dywanu, jaki opanowal muzeum w wieczór pokazu! A w pustym ogrodzie nadal stały niewzruszone, surowe rzeźby Dunikowskiego. Dobrze wpaść i przypomnieć sobie, że to nadal jego muzeum.