Moda damska była zawsze najdroższą formą opakowania, czyli historyczne przebłyski stylowe
niedziela, 29 czerwca 2008
Jeszcze zabawniej, niż ostatnio

Sporo czasu spędziłam dziś w CSW (Efek Czerwonych Oczu polecam gorąco: wystawa świetna, choć eksponaty znane - kto nie opuszcza raczej stołecznych wystaw, widział już większość fotografii). Na piętrze obok polskiej fotografii jest jeszcze jedna wystawa, którą - proszę mi wybaczyć - obejrzałam chichocząc pod nosem mniej więcej od jednej trzeciej trasy, czyli od wideo, które bawi mnie cały dzień: artystka z całą zaciętością wyrzucała na profesjonalny, duży zestaw perkusyjny kolejne worki ziemniaków, robiąc przy tym niesłychany rumor i bałagan. Ale jak to brzmiało!

No, stąd właśnie po tak dużym wstępie równie zabawny i bardzo krótki pomysł na dzisiejszą notkę. W jakiejś starej broszurce wydanej na okoliczność wystawy w Zamościu z dwadzieścia lat temu przeczytałam co nieco o absurdach XIX-wiecznej mody kobiecej. Oczywiście, nie żebym nie wiedziała, że cała ta moda to był w dużej mnierze absurd, choć piękny. Wiem - ale znalazłam żabawne słowa, a bywa, że słowa lubię najbardziej.

Noszono np. "suknię piramidalną". Moda na nią nastała w 1844 roku i potrwała dwa lata. I tak długo - w miejscu falban i innych zdobień przybrane były mnóstwem kółek aksamitnych, stopniowanej wielkości i szerokości, układanych w sposób właśnie piramidalny, czyli od dołu sukni aż do pasa. Chodzić w tym nie było widocznie łatwo, skoro tak szybko suknia zniknęła z mody, a kobiety ówczesne były przyzwyczajone przecież do wszelkich najcięższych ubraniowych niewygód.

Obiecane słowa: polszczyzna starała się zastąpić obcobrzmiące nazwy garderoby swojskimi, i tak np. noszono nie kapelusze, a "chwiejniki", a pod suknią ciało rzeźbiły nie gorsety, a "ściskawki". Noszono też modne spódnice-szarawary "a la kozak", "fraki jaskółcze" oraz suknie "a la gramatyk", "psycholog", "filozof", fraki "a la profesor", "redaktor" lub "dyrektor", a nawet stroje "a la pajaco". Co to ostatnie oznacza, przyjdzie mi jeszcze poszukać, ale to już jak przestanę wreszcie śmiać się pod nosem.

19:11, szmizetka , wiek XIX
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 czerwca 2008
Zabawne koleje mody dziecięcej w XIX wieku

Moda to mało dziecięca rzecz, ale wiek XIX obfitował w tej dziedzinie w tak ciekawe zdarzenia, że nie sposób nie napisać o niej choć kilku słów.

Przed dziewiętnastym stuleciem, począwszy do wczesnych wieków średnich, moda dziecięca w zasadzie nie istniała. Dzieci ubierano podobnie jak dorosłych, szyjąc dla nich małe ubranka do złudzenia przypominające stroje dorosłych. Dziewczynki sznurowano od dość wczesnych lat w gorsety, chłopcy nosili miniaturki fraków i żupanów. W Polsce oraz we wszystkich klasasch niższych niewygodny proceder nie był co prawda tak nasilony, ale wzorem dziecięcej elegancji, odkąd tylko maluchy wyrastały z becików i pewniej trzymały się na nogach, były jednak ubrania dorosłych.

XIX wiek przyniósł rewolucyjne zmiany, choć były okresy, w których i one zanikały, a dzieci znowu ubierano w nieco krótsze, ale jednak dorosłe suknie i marynarki. Proces przystosowywania dziecięcej garderoby do specyficznych potrzeb kilkulatków rozpoczęły lata 30. XIX wieku - dziś może się to wydawać egzotyczne, ale zaczęto wtedy młodsze dzieci, zarówno chłopców, jak i dziewczynki, ubierać w niemal identyczne sukienki i długie pantalony. Co jeszcze bardziej interesujące, niezależnie od płci dzieci czesano także podobnie: w długie, rozpuszczone lub związane nisko na karku loki (często specjalnie nakręcane!).

Moda ta nie trwała jednak długo i już pod koniec trzeciej dekady wieku stroje, zwłaszcza starszych dzieci, ponownie upodobniły się do ubrań dorosłych. Tendencja ta utrzymała się do połowy stulecia. Wtedy też długie suknie i spodnie stały się gorącym marzeniem wielu małolatów - najmłodsze dzieci nosiły krótkie spódnice i spodenki, które wydłużały się wraz z wiekiem. Długość sięgająca ziemi stała się więc symbolem dorosłości, podobnie jak wysoko upięte u kobiet włosy, które jako dziewczynki nosiły one puszczone luźno i nieco tylko ufryzowane zgodnie w aktualną modą.

Te zwyczaje w modzie dziewczynek pozostały aktualne aż do pierwszej wojny światowej, która jak wiadomo przewróciła do góry nogami nie tylko świat strojów. To, co działo się natormiast w modzie chłopięcej, wydaje mi się dość zabawne. Wszyscy znamy charakterystyczne marynarskie ubranka chłopców, składające się z krótkich spodenek (wydłużanych wraz z wiekiem, ale nie sięgające nigdy ziemi - po osiągnięciu pewnego wieku chłopcy porzucali granatowe uniformy, przebierając się już na zawsze w dorosłe ubrania: co za doniosły moment!) i luźnej bluzy. Otóz to popularne w początku XX wieku ubranko miało swój początek w przedziwnych kombinezonach z aksamitu, z krótkimi pantalonami i białymi pończochami, przewiązywanych w pasie szarfą i ozdabianych wielkim białym kołnierzem z falbankami. Całości dopełniała fryzura z rozpuszczonych loków. Taka "dziewczyńska stylizacja" miała nawiązywać do modnych podówczas czasów trzech muszkieterów i upowszechniła się po wydaniu książki "Mały lord" w 1886 roku. Co ciekawe, moda na styl marynarski, która nastała w tym samym mniej więcej czasie, miała bardzo "męskie" korzenie - przyszła z Niemiec i Anglii, krajów o bogatej i dumnej flocie i wojennych ambicjach. Więcej zamieszania? Do aksamitnych kombinezonów i marynarskich uniformów noszono słomkowe kapelusze, które dopiero pod koniec wieku stały się popularnym nakryciem głowy dziewcząt. Mężczyźni prekursorami mody mimo woli?

19:34, szmizetka , wiek XIX
Link Komentarze (1) »
niedziela, 08 czerwca 2008
Trzy słowa o koszulach

Ponieważ za oknem słyszę nieustająco krzyki rozgorączkowanych kibiców (dla potomności: Polska-Niemcy, nie może być gorzej dla miłujących ciszę), parę słów o koszulach - skoro jeszcze jedno o koszulkach i ich numerach i sama zacznę krzyczeć.

Koszula od średniowiecza była razem z kalesonami, spodnimi spódnicami, gorsetami, krezami, kołnierzami, a także strojem nocnym itp. częścią bielizny, miała jednak nieco inne prawa. Bielizny, jak wiadomo, nie pokazywano obcym, a koszulę czasem i owszem - noszona przepasana, była zwykłym, wierzchnim elementem odzieży ludowej. Kolejna sprawa - była jedynym elementem bielizny, który nazwalibyśmy dziś strojem unisex. Nosili ją kobiety i mężczyźni, mało tego - wersje męska i damska nie różniły się od siebie za bardzo. Po raz pierwszy miało to miejsce w okresie renesansu, ale i wówczas różnice zaznaczały się w sposobie wykończenia mankietów czy kołnierzy, a nie w kroju. Były to - i pozostały aż do XVIII wieku tuniki szyte z wąskiego kawałka płótna. Taki fason pozostał w modzie ludowej właściwie do początku XX wieku. Z czasem pojawiły się przy nich rękawy, zgodnie z modą szersze lub zupełnie wąskie, a po bokach tułowia doszywano kliny, dzięki którym ubranie stawało się szersze i wygodniejsze. Sztukowanie to odbywało się jednak przy użyciu gorszej jakości tkanin i grubszym płótnem.

W okresie renesansu znaczenia nabierać zaczęły zdobienia bielizny. Wzrastać zaczęło znaczenie wspomnianych wstawek, kołnierzy i mankietów. Pojawiły się też kolory(!) w postaci barwnych koronek i haftów, a także metalowe (!!!) nici, nie stosowane do upiększania bielizny nocnej. W tym okresie najbogatsi zaczęli też nosić wielokolorowe koszule jedwabne, które jednak spełniały funkcję szlafroków lub porannego stroju domowego.

Koszule pozostały niezmienne aż do XVIII wieku. Wtedy wyróżniono ich dwa typy: francuski i angielski. Francuskie szyto w II poł. XVIII wieku z węższych pasów płótna ze sztukowaniami po bokach. Angielskie pozostały przy najprostszej konstrukcji dwóch zszytych ze sobą płatów materiału.

XIX wiek przyniósł koszulom damskim rewolucję - podzielone zostały na części dolną i górną i zmieniły nazwę. Przez kilkaset lat były jednak najbardziej żywotnym elementem każdej garderoby.

22:13, szmizetka , Renesans
Link Komentarze (4) »
wtorek, 03 czerwca 2008
Paryska kolekcja Marcina Zienia w Warszawie

Zień

Pokaz Marcina Zienia był lokalną sensacją, choć najbardziej wtajemniczeni mogli obejrzeć go już w czasie Paryskiego Tygodnia Mody w lutym. W Warszawie przybyli jednak do Królikarni wszyscy ważni, mniej ważni, aspirujący i dziennikarze, a wśród nich ja - i nie rozczarowałam się, choć kolekcję już oglądałam, a i historycznych inspiracji było jak na lekarstwo, dość oczywiste i bardzo chaotyczne. Wielkiej notki z tej pięknej kolekcji więc nie będzie.

Najwięcej oczywiście było modnych nieustannie lat 60. Powróciły jak ostatnio co sezon w krótkich przed kolano, trapezowych sukienkach z jedwabiu i satyny, zebranych czasami w bombkę i ozdobionych w wysokiej talii typowym dla Zienia marszczeniem zwieńczonym szeroką klamrą lub szczątkowym pasem z kamieniem albo innym jeszcze wyraźnym detalem. Lata 60. to oczywiście też kubełkowe żakiety, długie do połowy uda bolerka i płaszcze o linii "A" oraz bufiaste wyrzucenia materiału powyżej linii biustu. Wszystko to bardzo na czasie i niestety mało oryginalne, choć rzeczywiście piękne.

Były też nieśmiałe powroty do przełomu lat 80. i 90. Projektanci coraz częściej, a wśród nich także i Zień, czerpią z czegoś, co nazwać można modą korporacyjną sprzed dwóch dekad. Oglądać więc można było wąskie do granic możliwości, niemal nudne w swej szarości spódniczki bardzo, bardzo mini, które kojarzą się z czasami „Pracującej dziewczyny" i flirtów nawiązywanych z braku czasu na życie prywatne w pracy. Były oczywiście i spódnice nieco dłuższe, prawie ołówkowe, wprost czerpiące z lat 90. Zestawione z półgolfami o luźnych rękawach i marszczeniach przy stójce przywoływały czasy jeszcze wcześniejsze - mi kojarzyły się jednoznacznie z estetyką podporządkowanego elegancji kiczu rodem z "Dynastii".

Lata 80. w wersji nieco luźniejszej przypominały raczej wąskie koktajlowe sukienki z wyrzucaną talią i spódnice z głębokimi kieszeniami - hit ostatniego lata, jak widać proponowany nam również na nadchodzącą jesień, a także ogromne swetro-sukienki z grubej, misternie tkanej dzianiny i o ogromnych, luźnych kołnierzach. Swoje miejsce znalazły też w kolekcji odpowiednie zarówno na wieczór, jak i na dzień, ultraszerokie spodnie z lejących tkanin.

Największe wrażenie zrobiły na mnie dyskretne nawiązania do eleganckiej, wieczorowej mody lat 30. Sięgające ziemi, eleganckie suknie o linii opływającej sylwetkę, w ciemnych, dostojnych granatach, szarościach i czerniach (plus zieleń!), zdobione połyskującymi detalami i głębokimi, luźnymi dekoltami w szpic, uszyte z delikatnych żorżet, jedwabi i muślinów, podkreślają wyrafinowaną, pewną własnego blasku kobiecość. Szerokie i bogato zdobione ręcznie zszywanymi, płaskimi rozetami mięsiste bolerka nadają się tylko na wielkie wyjście, ale też tak noszone były 80 lat temu. Piętrowe falbany mogłyby kojarzyć się równie dobrze z latami 60., ale to 30 lat wcześniej układane były z taką precyzją i konstruowane z przejrzystych, lekkich tiulów i koronek. Jakimś wizerunkowym nawiązaniem do szyku lat 30. były też przezroczyste zupełnie góry bluzek, naszywane na nich aplikacje z róż i proste ozdoby z pojedynczych ich pąków na głowach modelek.

Więcej podobieństw nie znalazłam. Chyba też nie było, bo nawet w materiałach prasowych podkreślano inspiracje płynące z flory i fauny Kambodży - z dala to bardzo od niezwykłego dorobku historii mody, do którego nawiązywał Zień w swoich poprzednich kolekcjach. Może następnym razem?