Moda damska była zawsze najdroższą formą opakowania, czyli historyczne przebłyski stylowe
niedziela, 13 grudnia 2009
Lata 50. były sexy

Lata 50.

Utarło się patrzeć na modę lat 50. jako zabawną fazą przejściową pomiędzy wysublimowanymi późnymi latami 40., należącymi niewątpliwie do dam, a dziewczęcymi, delikatnymi wzorcami lat 60., kiedy sylwetka na nowo wysmuklała, a spódnice skróciły się aż przed kolano. Dzisiaj, podobnie jak wtedy, za najbardziej seksowną część ciała kobiety uchodzą nogi, które moda na nieszczęście wielu kobiet od lat eksponuje do granic możliwości. Tymczasem dekadą prawdziwego tryumfu wybujałej, seksownej kobiecości są moim zdaniem właśnie lata 50. Tak, tak, te lata 50. z długimi, suto marszczonymi spódnicami, mocno wciętą talią i zaznaczonym wręcz groteskowo biustem. Królowały wtedy kształty kobiety dorosłej, dojrzałej i pewnej swojego ciała.

Lata 50.

Dlaczego tak uważam? W latach 50., w stosunku do lat wcześniejszych, uległa zmianie kobieca sylwetka. Modne było ciało pełne i dość muskularne, zdrowsze i bardziej „dziarskie”, niż smukłe i długonogie sylwetki elegantek z lat 40. Zapanowały kształty ostrzejsze, zgeometryzowane i surowe – jak zwężające się obcasy i strzeliste piersi podkreślane sztywnymi stanikami. Nowoczesność, po latach wojny, oznaczała też jaskrawe kolory i szczupłe, ostro zarysowane obciskającą bielizną talie. Ponieważ tak ważne stały się piersi, stanikom nadawano szwy koncentrycznych kół, akcentujące naturalne kobiece wypukłości.

Przebojem lat 50. stał się stanik bez ramiączek. Modne suknie bez rękawów wymagały konstrukcji, która podtrzymałaby i nadawały kształt piersiom. Wymagało to zastosowania bardzo skomplikowanych konstrukcji podpórek ze szwów i drutów, które rzekomo do potrzeb kobiecych dostosował z samolotowego (!) pierwowzoru magnat Howard Hughens.

Lata 50.

Powszechnie noszono warstwy halek i usztywniane nylonowe spody sukien. Nawet halki noszone na co dzień były bardzo obszerne, a te zakładane na specjalne okazje przypominały paczki baletnic. Aby bardziej odstawały od sylwetki, wieczorowe halki szyte były nawet z kilku warstw usztywnianego płótna. Tak uformowane spódnice przyjmowały kształt wyraźnego trójkąta, który czubkiem stykał się ze ściśniętym gorsetem tułowiem – dzięki wyeksponowaniu piersi także trójkątnym.

Lata 50.

Pasy do pończoch, których pierwsze założenie urosło w świadomości dziewczynek do czegoś w rodzaju inicjacji kobiecości, były ciężkie i dość grube. Nadal przypinano do nich podwiązki, na których mocowano pończochy, które zakładały dziewczynki gdy nie wypadało im już nosić skarpetki. Założę się, że nie mogły doczekać się tego momentu!

Co ciekawe, w tych pierwszych od lat 20. latach podkreślania pełni kobiecości, majtki noszono zdecydowanie nieseksownie niezmienione – luźne i sięgające talii.

Nowości za to pojawiły się w bieliźnie nocnej. Wraz z narodzinami nowej grupy społecznej – nastolatków – popularne stały się przyjęcia piżamowe, podczas których dziewczęta popisywały się między sobą uroczymi koszulkami baby doll lub frou-frou. Zanim zaczynały kusić mężczyzn, pokazywały zatem się z jak najlepszej strony koleżankom.

poniedziałek, 07 grudnia 2009
Ludowe stroje niemieckie i austriackie w XIX wieku

Badenia-Wirtembergia

O strojach ludowych jeszcze nic tutaj nie pisałam, bo zazwyczaj nie wchodzą w skład moich historycznych zainteresowań. Chociaż działy kostiumów w muzeach etnograficznych całego świata odwiedzam bardzo chętnie (ostatnio przewspaniały odkryłam w Atenach), stroje ludowe przez swoją upartą niezmienność i regionalny konserwatyzm wydają mi dość zachowawcze i po prostu nudne. Dzisiaj jednak, być może pod wpływem lektury artykułu o drezdeńskim Weihnachtsmarkt, przyjrzałam się bliżej strojom naszych zachodnich sąsiadów – i z racji podobieństwa do strojów austriackich – z rozpędu liznęłam jeszcze co nieco tradycji austriackiej. Nie mogę pojechać w tym roku na świąteczne wino do Niemiec, to chociaż spróbuję wyobrazić sobie, jak mogło wyglądać 150 lat temu;).

Tradycyjne stroje noszone w Niemczech i Austrii noszą wiele cech wspólnych. Podobieństwa te biorą się nie tylko z naturalnego z powodów lingwistycznych przepływu kulturalnego, ale też okoliczności politycznych – w XIX wieku oba te kraje wchodziły w skład Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. I choć stroje regionalne ówczesnych Niemców i Austriaków czerpały z tradycji wschodnioeuropejskich, włoskich i skandynawskich, to noszą nawet wspólne nazwy, nie mówiąc nawet o uderzającym podobieństwie materiałów, z jakich je szyto.

Najbardziej popularny był ciepły i odporny na zużycie wełniany filc. Kobiety obu nacji nosiły szyte z niego szerokie i sztywne spódnice, nieco krótsze niż szlachcianki i mieszczki, co jest wspólne dla wszystkich chłopek pracujących na roli. Spódnice bardziej oficjalne były dłuższe i jaśniejsze (inaczej niż np. w przypadku polskich strojów ludowych, które w  swoich wersjach paradnych przyjmowały najczęściej bardziej nasyconą kolorystykę). Najjaśniejsze i najbardziej misternie zdobione (haftem i koronkami) suknie oficjalne nosiły mieszkanki Bawarii, na co dzień noszące krótkie i kolorowe spódnice, do których zakładały rodzaj sznurówki wiązanej z przodu i bawełniane fichu (eistecktuechl) drukowane w kolorowe kwiaty. Pod koniec XIX wieku gorsety wiązano nie wstążkami, a geschnuer – łańcuszkami z ozdobnymi haczykami.

Niemieckie stroje ludowe - przykłady

Charakterystyczne, że kobiety żyjące na terenach dzisiejszych Niemiec nosiły ubrania raczej jednokolorowe, a niemal wcale nie utrwaliły się tam paski czy motywy kwiatowe. Mieszkanki mojego ulubionego Tyrolu np. pod gęsto plisowane spódnice zakładały pikowane halki, które nie dość, że zapewniały ciepło, to jeszcze dodatkowo „grały” fakturą sukni wierzchnich.

Najciekawsze, bo najbardziej spektakularne i pozostające w wyraźnym zdystansowaniu do ówczesnej mody, wydają mi się stroje z Badenii-Wirtembergii i Saksonii. Saksonki prawie do końca XIX wieku nosiły tradycyjne stroje, którego początki sięgają pierwszych lat XVIII wieku: krótką tuż za kolano spódnicę, rodzaj płaszcza wiązanego w talii wyraźną kokardą i wysokie, cylindryczne czepce zdobione piórami. Nawet te bardziej postępowe spośród kobiet, których sylwetka nadążała za modą, pozostawały przy tradycyjnych, tubalnych nakryciach głowy, wykonanych z usztywnionych czarnych koronek.

Nakrycia głowy w Badenii-Wirtembergii przypominają z kolei czepce elżbietańskie lub popularne w tym okresie w Anglii stojące kołnierze. Najbardziej powszechnym kapeluszem był bollenhut z płaskim rondem i wieloma czarnymi lub czerwonymi pomponami na czubku, wykończony czasem usztywnianą koronką otaczająca głowę niczym korona i taśmami, spływającymi na plecy aż do pasa, na staranie zaplecionych w warkocze włosach.

21:44, szmizetka , wiek XIX
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 grudnia 2009
Co nosili Tudorowie

Katharine Parre

Sporo ostatnio dowiedziałam się o modzie okresu Tudorów. Nie sposó opowiedzieć na raz wszystkiego, ale okres ten wydał mi się tak ciekawy, że postanowiłam nawet obejrzeć serial - przynajmniej tyle, ile zdołam - niech intrygi toczą się obok, a ja tymczasem przyjrzę się znacznie ciekawszym ówczesnym strojom, tkaninom i zdobieniom. Póki jednak nie wejrzę wgłąb:), oto najważniejsze wyjątki tudorowskich garderób.

Ubiór angielski pierwszej połowy XVI wieku charakteryzował się (wreszcie!) bogactwem i przepychem. Zaczął też wyraźnie różnicować się w zależności od płci. Kobiecą sylwetkę cechowała sztywność: damy nosiły twarde, maskujące biust staniki, nadające figurze kształt odwróconego stożka. W latach 40. pojawiła się farthingale, czyli podobna do hiszpańskiego verdugado spódnica spodnia na obręczach, która nadawała sukniom wierzchnim kształt owalu.

Moda Tudorów

Suknie dworskie zdobiono złotą nicią i klejnotami, a także sztywnymi, wywiniętymi kołnierzami, z których w okresie elżbietańskim wywodziły się w kołnierze kryzowe. Wśród materiałów królował drogi adamaszek, czesto haftowany w misterne, ale obdarzone wyraźnym rysunkiem motywy floralne i charakterystyczne nie tylko w tamtym okresie dla mody angielskiej spiralne zawijasy.

Ważnym elementem stroju dworskiego był czepek zwany Tudor. Było to popularne w Anglii i Francji nakrycie głowy składające się np. z opaski ze złotogłowiu i opadającego na plecy welonu (panny) lub naśladującego trapez lub trójkąt kapturka z szerszą, spłaszczoną górą (mężatki). Czepce te przybierały najróżniejsze formy i stanowią jeden z najbardziej różnorodnych rodzajów nakryć głowy w szesnastowiecznej Europie. Popularnym typem tudorowskiego czepca był narzucony na kaptur sztywny, trzykrotnie załamany nad czołem czepek ze złotogłowiu, który całkowicie zakrywał włosy. Niektóre czepce spływały sztywnymi fałdami na ramiona, inne jeszcze zdobione były dodatkową falbaną materiału zwieszonego po obu stronach głowy pod brodą. Wszystkie czepce typu Tudor stanowiły bogato zdobione obramowanie dla twarzy, która zgodnie z pozostałą jeszcze po gotyku modą miała przybierać kształt wydłużonego, smukłego trójkąta.

Czepce

poniedziałek, 30 listopada 2009
Long time, no see...

Redingota

...czyli czas się ogarnąć i brać do roboty. Zrobiony w międzyczasie (po)dyplom mniej więcej kierunkowy i stos przeczytanych książek jak najbardziej kierunkowych przywiodły mnie do wniosków, że powinnam jednak co jakiś czas się pojawić. Zobaczymy, na ile starczy zapału, a tymczasem o czymś, co jak idealnie wpisuje się w jesienną aurę i należy do moich ulubionych elementów osiemnastowiecznej mody. Czyli krótkie słówko o redingocie.

Redingota damska to rodzaj płaszcza lub wierzchniej sukni, który zrobił oszałamiającą karierę w XVIII wieku. Wzorowana na męskim płaszczu odpowiednim m.in. do jazdy konnej, była taliowana i rozcięta na całej długości, zapinana tylko od pasa i zdobiona często futrzanym kołnierzem. Miała dopasowaną górę i fałdzisty dół, zatem pięknie układała się na spódnicy i stanowiła jej naturalne spiętrzenie - zwłaszcza w modelach, których poły układane były z tyłu spódnicy, nie łącząc się z przodu.

Redingota sprawdzała się zwłaszcza w chłodnym klimacie, więc większym powodzeniem w grubszej wersji płaszczowej cieszyła się na północy Europy. Upowszechniona pod wpływem mody angielskiej, we Francji noszona była raczej jako specerowa suknia wierzchnia, a nie płaszcz chroniący przed zimnem. Wszystkie redingoty miały jednak z czasem długie rękawy, co także stanowiło novum w modzie europejskiej - suknie wierzchnie od początku XVII wieku aż do lat 70. XVIII wieku długich rękawów nie posiadały. Regingota jednak, mimo całej swej popularności, nigdy nie weszła na salony, pozostając zawsze popularnym strojem spacerowym i podróżnym.

Redingota 1

niedziela, 31 maja 2009
Mój ostatni dzień polskiego FW

...był krótki, ale intensywny. Po długiej wycieczce na dworzec Łódź Kaliska (nie polecam) i nieco krótszej, ale dużo milszej w MS2 (bardzo polecam i przy okazji przekonałam się, że moje studiowanie nie idzie na marne, rozpozaję autorów dzieł jak K. projektantów sukienek:)!), obiedzie na smętnej, pustej i spływającej deszczem Piotrkowskiej dojechałam na ostatnich już nogadch - spanie po 4 godziny na dobę zaczęło dawać się we znaki - do Hali Expo, obejrzeć ostatnie dla mnie na tegorocznym FW kolekcje. W programie miałam Violę Śpiechowicz i Natalię Jaroszewską, w międzyczasie, jeszcze w showroomie, MMC. Dobrze, że widziałam więcej.

Śpiechowicz jak zawsze zaprezentowała spójną, przemyślaną kolekcję, frapującą od razu, a zachwycającą w ruchu. Inspiracją dla brudno-beżowych, kawowych i brunatnych ubrań były atmosfera i stroje kojarzące się z beduińską wioską. Modelki nosiły na głowach turbany, a sukienki, powłóczyste i zwiewne, wdzięcznie falowały z każdym ich krokiem. Dominowały długości prawie do kostek i lekko rozkloszowane od nagich ramion fasony. Spodobały mi się płaszcze, przypominające swoją miękkością szlafroki, a także kilka sukienek podkreślających talię - np. kolorze czystej bieli.

Kolekcję Natalii Jaroszewskiej obejrzałam jeszcze przed pokazem na backstage'u. Znowu zachwyt i znowu pomysły charakterystyczne dla projektantki, a chwytające za moje rozmiłowane w retro serce. Dużo było bardziej i mniej gęstych koronek, empirowych fasonów, bieli, kremów i romantyzmu. Z dwa razy pomyślałam: tak mogłaby wyglądać moja suknia ślubna - trudno o lepszą rekomendację, prawda?:)

Po trwających wieki przerwach widziałam jeszcze pokaz Two Gun Towers - duetu rosyjskich projektantów znanych z odważnych aplikacji, ornamentów i radykalnych krojów. Ogromna kolekcja była bardzo nierówna i różnorodna i raczej mi się nie podobała - nie lubię ostrych czerwieni, zbyt dużego nagromadzenia wzorów i barw. Mimo to brawa dla elegankich, awangardowych płaszczy i wyraźnych odwołań do rosyjskiego folkloru. Dałabym się pokroić za ich ludowe mufki i okrycia z folkowymi haftami. Sam pokaz także robił wrażenie - Andriej Mielnikow, męska "połowa" duetu, zagrał osobiście na pianinie, a modelki, ufryzowane w niesamowite irokezy, odegrały na wybiegu prawdziwy show.

Drugą kolekcją, widzianą (na szczęście!) przypadkiem, była kolekcja znanej z zamiłowania do gotyckiej odmiany glamour i zaskakujących pomysłów na konstrukcję strojów Eriki Zaionts. To była uczta! Bardzo duża, złożona kolekcja miała w sobie więcej szyku niż gotyku, ale nadal wyraźne były w niej mroczne inspiracje, romantyczne idee projektantki i dokładna wizja kobiecego ciała. Blisko, przy ciele, harmonijnie w proporcjach i kontrastowo w kolorach. Kobieta ubrana w stroje Zaionts jest elegancka i kropka.

MMC Studio w showroomie było czymś bardziej na co dzień. Jesienna kolekcja trójki projektantów, z którymi udało mi się przeprowadzić wywiad, to wygodne propozycje na zabieganej kobiety, która nie lubi przepychu, za to ceni sobie wygodę i miejski luz w wydaniu glamour. Koktajowe sukienki z odcieniach szmaragdowej zieleni nawiązują do lat 80., a oversizowe żakiety i kurtki zmieszczą pod sobą ciepły sweter. Tak mogłabym wyglądać jesienią, czemu nie.

Perełką wieczoru był wywyad, jaki udało mi się przeprowadzić z otwierającą wczorajszą galę Natashą Pavluchenko. Jej kolekcja FOLK-LORE zainspirowana jest kulturą oraz strojem ludowym Podhala i Podbeskidzia - ze wszystkimi jego ozdobnikami, potraktowanymi nowoczesnym liftingiem i przefiltrowanymi wizerunkiem zmysłowej kobiety. Zakochanej w zakopiańszczyźnie Szmizetce nie mogła trafić się większa gratka. Osobisty bonus - zostałam pochwalona za urodę, co niniejszym ogłaszam, bo kto wie, jak wygląda Pavlutchenko, zrozumie, jakie to miłe usłyszeć takie słowa od tak pięknej kobiety. Doskonały akord końcowy, naprawdę.

sobota, 30 maja 2009
Drugi dzień FashionPhilosophy

Najważniejszym wydarzeniem drugiego dnia FashionPhilosophy był z pewnością finał konkursu dla młodych projektantów Złota Nitka. Trwająca około czterech godzin gala była także przeglądem tendencji dominujących w młodej polskiej modzie. Uczestnicy konkursu pokazali 28 kolekcji startujących w dwóch konkurencjach - Pret a Porter, grupującej projekty zgodne z najnowszymi trendami i charakteryzujące się perfekcją wykonania, oraz Premiere Vision, w której liczyło się nowatorstwo wizji i kreatywność w konstrukcji strojów.

Jak co roku, Złota Nitka obsypała swoich laureatów nagrodami. Najważniejsze z nich, przyznawane przez Jury Kreatorów i Jury Medialne, trafiły do duetu projektantek Małgorzaty Grzywnowicz i Małgorzaty Węgiel za kolekcję Phantas Magoria w kategorii Pret a Porter oraz do Magdaleny Śmielak za kolekcję Destrukcja w kategorii Premiere Vision. O ile pierwsza z nagrodzonych kolekcji stanowi odważną, awangardową propozycją tego, jak można ubrać się na co dzień, to druga jest emanacją osadzonych w słowiańskiej estetyce kostiumów teatralnych lub operowych, pełną spektakularnych, zaskakujących rozwiązań konstrukcyjnych i kolorystycznych. Pozszywane z różnych gatunków płótna i wełny, różnobarwne, ale oscylujące wokół beżów i brązów obszerne spódnice, spodnie i marynarki sąsiadowały ze swojego rodzaju kokonami, które opatulały modelki od stóp do głów.

Cieszę się, że aż trzy nagrody i wyróżnienia trafiły do mojej faworytki, Kamili Zielińskiej (kolekcja Stalowa Subtelność), która w kategorii Pret a Porter zaproponowała bardzo kobiece, nawiązujące do antyku i empiru suknie koktajlowe i wieczorowe, mieniące się złotem i beżem, ozdobione konsekwentnie... marynarskimi sznurami i draperiami. Proszę o więcej takich kolekcji dla kobiet o każdej figurze, na każdą okazję, niezmiennie eleganckich i wyrafinowanych!

Agatha Ruiz de la Prada

Po Złotej Nitce przyszła kolej na pokaz kolekcji honorowego gościa FW, Agathy Ruiz de la Prady. Mistrzyni koloru i zabawy konwencją zaprezentowała nawiązującą nieco do lat 60. i pop artu linię ubrań utrzymanych w nasyconych, sorbetowych kolorach i zdobionych naiwnymi, dosłownymi kreskówkowymi nadrukami i aplikacjami.

Zanim nadszedł wielki wieczór, dokładnie zwiedziłam Showroom, czyli wielkie targowisko mody, zorganizowane w jednym z pawilonów wspaniałej, fabrykanckiej Manufaktury. Wystawiane przez polskich projektantów ubrania można było oglądać, kupować, a także... wypożyczać na sesje. Wzbogacona o kilka nowych kontaktów obiecuję ciekawe materiały o dodatkach, biżuterii i najciekawszych kolekcjach ready to wear. Nie było jednak zaskoczenia - najbardziej spodobały mi się eleganckie kolekcje Agnieszki Światły i duetu Zemełka&Pirowska, a także wygodne i bardzo miejskie w charakterze, ale nadal eleganckie propozycje Green Establishment.

A dzisiaj wieczorem m.in. Śpiechowicz, Jaroszewska i MMC Studio. Liczę na mocne wrażenia.

piątek, 29 maja 2009
FashionPhilosophy wystartował!

A ja mam przyjemność obserwować go z bardzo bliska. Razem z Ktimene od wczoraj jesteśmy w Łodzi i mimo deszczu i przejmującego chłodu biegamy w ulewie z pokazu na pokaz, z imprezy na imprezę, nawet nie przejmując się za bardzo opłakanym stanem naszych szpilek, który przyjdzie nam z pewnością cierpieć po kilku dniach takiej obuwniczej kąpieli w kałużach.

A teraz w telegraficznym skrócie o tym, co działo się wczoraj, czyli Fashion Weeka w Polsce Dzień Pierwszy. Czas goni, kolejna impreza za chwilę, więc szybciutko.

Tydzień otworzyła wieczorna uroczysta gala Designer Fashion Awards, podczas której wyłoniono zwycięzcę wielotygodniowego konkursu na najzdolniejszego początkującego projektanta. Nagrodzona zdolna szczęściara, Sabrina Pilewicz, odbędzie staż w atelier Georgesa Chakry, libańskiego projektanta, słynącego ze spektakulatnych kreacji haute couture i odważnych projektów ready to wear. Dla niewtajemniczonych, za to orientujących się w świecie gwiazd - on ubiera Kate Winslet, Beyonce i Helen Mirren! Jego ubrania mogliśmy też podziwiać w hicie "Diabeł ubiera się u Prady".

Wczorajszą galę uświetnił także pokaz najpiękniejszych modeli sukien Chakry z obecnej kolekcji. Z powodu deszczu i prolemów organizacyjnych spóźniłam się na początek pokazu, ale to, co zobaczyłam, wystarczyło zupełnie, żeby mnie zachwycić - co prawda nie wszystkie propozycje Chakry mieszczą się w moich kategoriach estetycznych, ale połysk, kolor, rozmach i niezwykle kobiece fasony wielobarwnych sukien rzeczywiście odbierają dech w piersiach. Powiem więcej - udało mi się wejść na backstage i DOTYKAŁAM jednej z flagowych kreacji kolekcji, o tej:

Sami rozumiecie, pełnia szczęścia. To jednak nie koniec, bo tuż po bliskich oględzinach sukienki, uwaga, uwaga, przeprowadziłyśmy z Ktimene z Chakrą wywiad, który z pewnością należy wpisać do cv! Kiedy tylko ukaże się w sieci, podlinkuję i się pochwalę:).

Trochę o finalistach Fashion Designer Awards. Pierwszą nagrodę zdobyła Sabrina Pilewicz, ale ja od początku pokazu kibicowałam ostateczenej laureatce drugiego miejsca, Kamili Gawrońskiej-Kasperskiej, która zaprezentowała biało-przejrzystą, bombkową sukienkę z podnieszionym stanem i spektakularnym, szerokim golfem ozdobionym kryzą i czarnymi piórami. Suknia tak piękna, że gdyby była dłuższa (sięga za kolano) mogłaby być moją suknią ślubną. Jak tylko znajdę w sieci zdjęcie, wkleję i pokażę.  Rewelacyjny, awangardowy, ale i bardzo dziewczęcy projekt, który skojarzyłam z najnowszą kolekcją Chanel (kontrasty bieli i czerni, wąskie fasony, wyraźne detale, pozorne niewykończenia, klimat nowoczesnego retro).

Mój faworycki projekt nie był jednak jedynym, który mi się spodobał. Dominowały kreacje na wieczór, o wciętej, wyraźnie podkreślonej talii i zupełnie niezwykłych, zamaszystych spódnicach. Kilka wąskich, wieczorowych kreacji nawiązywało do empiru i glemour lat 30., a trafił się i projekt zupełnie jak z "Alicji w Krainie Czarów". W sumie - nie było ani jednego, którego bym nie założyła na bardzo, bardzo elegancką galę. Pięknie i brawa.

Po pokazie miałam zamiar oblać wieczór na after party, ale deszcz i chłód wypędziły chyba gości do domów. Wróciłam szybko do naszego pudełkowego-jak-samolot hotelu, zamówiłyśmy z K. pizzę i spędziłyśmy wieczór przed telewizorem. Nie oglądałyśmy mody - wrażeń było przecież aż nadto. Za chwilę ciąg dalszy i tak do niedzieli!

A dziś finał Złotej Nitki i pokaz Agathy Ruiz de la Prady. Nie mogę się doczekać:).

sobota, 23 maja 2009
Białe hafty w bieliźnie XVIII wieku

Skoro dopiero co było o haftach, to przesunę jeszcze przemyślenia o inspiracjach najnowszej kolekcji H&M i rzutem na taśmę parę słów o bogato haftowanej bieliźnie elegantek XVII wieku.

Bieliznę, jak już pisałam, szyto z tkanin lnianych. Europę Zachodnią w najwyższej jakości płótno bieliźniane zaopatrywała Holandia, na własne potrzeby produkowała je również Francja.

Wraz z nastaniem dyrektoriatu i modą na antyk bielizną zawładnęły muśliny i bawełna, sprowadzane przede wszystkim z Indii. Z przejrzystej, cienkiej bawełny szyto także czepki, mantyle, palatynki i fichu, czyli misternie zdobione chusteczki, którymi damy zakrywały dekolt. Europejskim odpowiednikiem muślinu był batyst, który produkowano początkowo tylko z przędzy lnianej, a potem także bawełnianej.

W Polsce używano lnów produkowanych na Śląsku. Najdelikatniejszego płótna najwyższej jakości stosowano w Polsce do tzw. koronek saskich. Były to właściwie białe hafty, wykorzystywane do zdobienia brzegów sukien, angażantów i mankietów. Bielizna, jak widać, prezentowana była na zewnątrz nie mniej niż dziś - tyle, że współcześnie nie przychodzi nam do głowy wliczać w nią rękawy...

piątek, 22 maja 2009
Hafty w ubiorach osiemnastowiecznych

Wczoraj na prezentacji nowej kolekcji H&M na jesień. Niezła w sporej części, ale o tym następnym razem. Wśród pokazanych nowości dojrzałam z dwa-trzy modele ubrań i dodatków uszytych z tkaniny z barokowym przepychem haftowanej w złoto-granatowe kwiaty. Piękności, a przy okazji przypomniałam sobie o temacie, który do mody wraca regularnie, a niedawno zaliczył też swój wielki come back we wnętrzarstwie.

Ubiory osiemnastowieczne zdobiono bogato haftami. W pierwszej połowie wieku dominowały duże motywy fantazyjnych kwiatów o kolorowych płatkach. Z czasem zaczęły one maleć i najmodniejsze stały się motywy drobnych kwiatów łąkowych i różnych gatunków trwa, powiązane w małe bukieciki. U schyłku wieku, w okresie mody na antyk, obowiązkowo białe suknie dekorowano palmetami i meandrami. Wtedy też hafty, które kilkadziesiąt lat wcześniej zdobiły tylko brzegi ubiorów, zaczęły pokrywać prawie całą ich powierzchnię.

Hafty to jednak i tak za mało. Dla wzbogacenia efektu dekorowano je pajetkami w formie małych listków, kwiatowych płatków lub krążków, dodawano aplikacje z małych papierowych elementów i inkrustacje z cienkiej cynowej folii. Spódnice i suknie ozdabiano miniaturowymi grawiurami, a kamizelki - złożonymi motywami figuralnymi i pejzażami. Haftem zdobiono szczególnie starannie także męskie guziki - drewniane lub tekturowe krążki obciągano tkaniną haftowaną w motywy nawiązujące do dekoracji stroju. Szczególnie popularne były miniaturowe listki, kwiaty u gałązki.

Wzory projektowali znani rysownicy, którzy publikowali swoje dzieła w specjalnych zeszytach, z których z kolei korzystali hafciarze. Jednym z najbardziej (u)znanych projektantów był nadworny desenista Ludwika XVI, Charles Germain Saint-Aubin. Opublikował on nawet dzieło, pt. "L'art du brodeur", w którym zamieścił opisy technik hafciarskich, rysunki ściegów, narzędzi pracy, a także o oczywiście wzory deseni.

poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Czy empire był zmysłowy?

Oparty na antycznych wzorcach, lekki, zwiewny, jasny i cudownie pozbawiony gorsetu, wydawałoby się, że musiał być zmysłową ucztą dla kobiet (ze względu na wygodę) i mężczyzn (na widoki) po rozbuchanym, ukrywającym do przesady kobiece kształty rokoku z jego kosmicznymi biodrami i wysokimi fryzurami. Wydawałoby się, powrót do natury, sam wdzięk i swoboda.

Nie kwestionuję pozytywnych, zdrowotnych stron stroju empirowego (chociaż modne w całej, bez względu na klimat, Europie, lekkie sandałki noszone na nagą stopę były przecież formą przesady). Sądzę jednak, że moda na pokazywanie kształtów ciała była modą bardziej ideologiczną niż domową i zmysłową. Empire porewolucyjny i współczensna mu moda miały zamiast afirmujących kobiece ciało scen rodzajowych, znanych nam z malarstwa rokokowego, świadczyć o czystości i cnocie, a nie zmysłowości. W takim charakterze moda miała być wypadkową rozsądku, zgody z teorią, konstrukcji. Gorset ograniczył się na ten cudowny dla kobiet czas do opaski podtrzymującej piersi, ale i one ukrute były za dnia pod warstwą lekkich woali, a noszony antycznie en peplum szal spięty był na plecach na krzyż, jak szelki. Jak w antyku strpojem kobiety była tunika i sandały, ale ukazywały one zarysy jedynie, kształty ciała na modłę rzeźbiarską - nagość była surowa, monumentalna, surowa, posągowa, przeznaczona do publicznego ukazywania, a nie kuszenia i uwodzenia, jak w pierwszym momencie może się wydawać. Podobnie jak w manaierystycznych rzeźbach pseudogreckich, akt nie podkreślał różnicy płci.

Moda miała, oprócz cnoty, afirmować siłę. Modowe żurnale z tego okresu pokazują kobietę w ruchu - grająca w wolanta, tańczącą, biegnącą za motylem. Podobnie jak w antyku, ciało było - a wraz z nim moda - apologią zręczności i siły, tak potrzebnej w ówczesnej kulturze, zmęczonej teatralnym i statycznym obyczajem rokokowym.Moim zdaniem paradoksalnie, więcej seksualności i zmysłowości znaleźć można w modzie rokoka, z całym jej przytłoczeniem detalami. Ciało było wtedy "opakowywane", ale ku uciesze zmysłów - empire rozbierał je dla wielkich (zbyt wielkich jak na modę?) idei.

19:19, szmizetka , wiek XIX
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4